DSC_0148

Relacja: Open’er Festival 2015

Open’er Festival 2015 to najważniejszy polski festiwal muzyczny.

DSC_0029_1

Orange Warsaw Festiwal jeszcze w ubiegłym roku starał się przyćmić gdyńską imprezę, lecz w tym roku został ostatecznie pogrzebany. Open’er nie dał się – ani utracie sponsora tytularnego, ani hejterom – i nadal uchodzi za jeden z najlepiej zorganizowanych festiwali w Polsce.

Klimat imprezy można było wyczuć już na dworcu PKP, gdzie rozstawiono scenę dworcową umilającą podróżnym czas oczekiwania na kolejne pociągi. Stamtąd też darmowe autobusy przewoziły openerowiczów z Gdyni na teren lotniska. Na miejscu ludzie z obsługi imprezy potrafią udzielić konkretnych informacji, dokładne przeszukiwanie uczestników imprezy odbywa się szybko i sprawnie, a organizatorzy nie żałują pieniędzy na rozdawane pod sceną, butelki wody mineralnej, które przy takich upałach z pewnością uratowały niejedną koczująca pod sceną osobę przed omdleniem. Do tego dorzućmy jeszcze dodatkowe atrakcje takie jak muzeum sztuki nowoczesnej, kino, teatr i mamy fantastyczny festiwal promujący szeroko rozumianą sztukę.

11720031_10204825713145981_210290755_n

4 wyjątkowo gorące dni w Gdyni na pewno nie można nazwać zmarnowanymi!

 

DSC_0016_2 DSC_0051

 

 Dzień 1:

 Festiwal rozpoczęłyśmy od irlandzkiej grupy Kodaline. Zespół brzmi tak samo magicznie na żywo jak na płycie. Dalej można się rozpływać nad charakterystycznym głosem wokalisty. Usłyszałyśmy wszystkie najważniejsze hity z dwóch płyt od „High Hopes” przez „All I Want” aż po „Honestly”. Niestety pojawiły się tu pewne problemy z dźwiękiem, ale muzycy wyszli z tego zwycięską ręką zmieniając nieco kolejność utworów.

DSC_0001_2    DSC_0003_2

 

Imprezy tego typu zmuszają do wyborów. Również nas nie ominęła ten nieprzyjemny etap, ponieważ nachodziły nam się koncerty Modest Mouse oraz Cheta Fakera. Okazało się, że żaden koncert nie był godny odsłuchania w całości. Pierwsi mieli problemy z dźwiękiem, o czym fani starali się poinformować artystów… Po usłyszeniu „Lampshades on Fire” pobiegłyśmy do namiotu na Cheta. Niestety, muzyk całkowicie zawiódł nas na żywo. Dziewczyny stojące bliżej sceny miały przynajmniej okazję by napatrzeć się na tego – no co tu dużo mówić – przystojnego mężczyznę, natomiast z tyłu namiotu nawet najwierniejsze fanki wymiękały. Nie tylko według nas nie przyciągał on zainteresowania, ponieważ dosłownie wszyscy naokoło zamiast wsłuchiwać się w muzykę, woleli pogrążyć się w głębokich rozmowach, które momentami niemal zagłuszały artystę.

DSC_0013_2DSC_0015_2

 

Na koncert Alabama Shakes już nie poszłyśmy razem. Północ okazała się dla Nessy godziną zabójczą. Ja natomiast z przyjemnością wsłuchiwałam się w magiczny głos Brittany Howard. Dwukrotnie usiłowałam wyjść z namiotu i dwukrotnie do niego zawracałam by zostać na „już ostatnim kawałku”. W końcu z trudem pognałam pod dużą scenę, modląc się w duchu, bym nie pożałowała końcówki koncertu Alabama Shakes, który poświęciłam dla Alt-J. Gdy biegnąc przez lotnisko usłyszałam pierwsze dźwięki „Hunger of The Pine” już wiedziałam, ze podjęłam słuszną decyzję. Brytyjczycy na blisko półtorej godziny przenieśli nas do całkiem innego świata, w którym mieliśmy okazję spotkać Matyldę z Leona Zawodowca, słynną fotografkę Taro oraz Matadora wbijającego szablę w byka. Ich muzyka skrywa wiele treści, które za każdym razem z przyjemnością na nowo odkrywam. Oklaski wieńczące ich występ były dla mnie niczym kubeł zimnej wody. Powrót do rzeczywistości był trudny, ale musiałam się skupić, by dotrzeć z powrotem pod namiot na ostatni występ pierwszego dnia.

11655214_1147070895326255_256581743_n11655440_1147069031993108_902026041_n11713428_1147071598659518_1237030222_n

 

11714465_1147067145326630_1495380183_n 11717268_1147067638659914_1078194812_n

 

Die Antwoord to zespół, który nie traktuje muzyki zbyt poważnie. Potrafią bawić i szokować zarazem. Organizatorzy chyba jednak nie spodziewali się popularności, z jaką spotkają się artyści z RPA – już przed rozpoczęciem ich występu ludzie nie mogli znaleźć miejsca pod zadaszeniem. Ich koncert porywał masą pozytywnej energii, a fani entuzjastycznie skandowali fragmenty piosenek. Z przyjemnością pójdę na ich kolejny występ – mam jednak nadzieję, że odbędzie się w większym pomieszczeniu ;)

11121107_1147064575326887_122993255_n

 

Dzień 2:

Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od Toma Odella. Miałyśmy już okazję usłyszeć go w Warszawie niecały rok temu. Jednak w czasie tego koncertu przeżyłyśmy szok. Brytyjczyk dojrzał! Parę miesięcy temu kurczowo trzymał się pianina i był przerażony szalejącym tłumem. Natomiast teraz pojawił się na scenie z dodatkiem świetnego soulowego chóru i nabytej pewności siebie. Stare hity rozbrzmiały w innych aranżacjach, a nowe kawałki porywały tłum nie mniej niż znane przez wszystkich „Hold Me”, „I Know” czy „Another Love”. Już wiemy, że warto czekać na jego drugi album, bo zapowiada się fantastycznie.

DSC_0031_2DSC_0035_2DSC_0037_2

 

Eagles of Death Metal to największy fenomen tego wyjazdu. Zespół, który jedna z nas wielbiła, a druga omijała. Na koncercie zaprezentowali na scenie taką moc, że bez sekundy zastanowienia obie szalałyśmy przy barierkach. Amerykanie na żywo wiele zyskują. Możliwe, że wpływa na to ogromna charyzma wokalisty, który jest istnym zwierzęciem scenicznym. Nie ważne co to spowodowało, ale już dało swoje efekty, ponieważ obie zakupiłyśmy bilety na ich katowicki koncert w dniu jego ogłoszenia.

 

DSC_0053_2DSC_0066_2 DSC_0073_2

 

Koncert The Libertines wywołał u nas podobne, mieszane uczucia. Zespół ma naprawdę fajne kawałki, ale trudno było pozbyć się wrażenia, że na scenie znaleźli się z przymusu, a ich energia już całkiem się wypaliła. Stosunkowo niewielki, ciągle topniejący tłumek pod sceną w trakcie występu headlinera był potwierdzeniem naszych gorzkich przemyśleń.

DSC_0075_2DSC_0076_1DSC_0077_1

 

Dzień zakończyłyśmy fragmentem punkowego koncertu Refused. Dlaczego tylko fragmentem? Podczas gdy jedna z nas radośnie podskakiwała, ciesząc się jak dziecko za każdym razem gdy wokalista podrzucał mikrofon druga udowodniła, że nawet przy bardzo mocnych dźwiękach można przysypiać na barierkach ;)

 DSC_0087_1DSC_0082_1DSC_0089_1

 

Dzień 3:

 Piątek zaczęłyśmy od wyczekanego przez nas brytyjskiego zespołu The Vaccines. Panowie nie zawiedli. Usłyszałyśmy m.in. „If You Wanna”, „Wetsuit”, „Teenage Icon” oraz z najnowszego krążka- „Handsome” i „Dream Lover”. Mimo panującego upału i palącego słońca na scenie panowało szaleństwo. Gorzej pod nią, bo mimo najszczerszych chęci obie słaniałyśmy się z przegrzania. Pozostaje nam tylko czekać na kolejnym koncert tej grupy. Tym razem w klimatyzowanym pomieszczeniu poprosimy…

DSC_0099_1DSC_0104_1DSC_0103_1

 

Of Monsters and Men pojawili się na scenie w zaskakująco dużej liczebności. Islandczycy przywieźli ze sobą własną orkiestrę. Dzięki temu miałyśmy szanse pobujać się do ładnych dźwięków, a nawet trochę poskakać przy najbardziej znanym „Little Talks”.

DSC_0106_1DSC_0110DSC_0118_1

 

Następnie nadszedł wyczekany przez nas moment – występ Mumford & Sons. Na początku to kawałki z banjo były przyjmowane przez tłum o wiele bardziej entuzjastycznie, niż te z nowej płyty. Piosenka „Believe”, w trakcie której tłum rozświetlił się tysiącami latarek i zapalniczek, okazała się momentem zwrotnym w trakcie koncertu. Charyzmatycznemu i rozgadanemu zespołowi udało się porwać tłum. Mimo wszystko miejmy nadzieję, że przy kolejnych płytach wezmą jeszcze w swoje ręce ukochane przez wszystkich banjo ;)

DSC_0127DSC_0131DSC_0137

 

Podczas gdy Nessa drzemała słodko w namiocie, ja szalałam na koncercie The Prodigy. Tak jak sądziłam – ich nowy album brzmi na żywo równie dobrze co utwory ze starszych płyt. Szalone pogo było podsycane przez członków zespołu, a Ci mniej odważni podskakiwali przy każdym hicie. Do namiotów rozchodziliśmy się już po wschodzie słońca – zmęczeni, ale szczęśliwi. To był naprawdę świetny koncert!

11716041_1147062691993742_1600260692_n11717162_1147063135327031_1312711412_n

 

Dzień 4:

W niedzielę zaległyśmy na trawie wsłuchując się w piosenki jednego z lepszych polskich zespołów Lao Che. Dopiero zbliżające się ku horyzontowi słońce oraz tłum idący na koncert kolejnego artysty zmobilizował nas do wypełznięcia z cienia i podejście bliżej sceny. Hozier rozpoczął swój koncert piosenką „Angel of Small Death and the Codeine Scene”. Pomimo solidnego upału, nawet sceptycznie nastawiona do artysty Roksa bawiła się świetnie. Zimny prysznic zgotowany przez straż pożarną, nie ostudził fanów artysty, ale z pewnością pomógł im dotrwać do końca jego występu. Muzyk, oprócz autorskich kawałków uraczył nas również piosenką „Problem” Ariany Grande, która brzmiała bardzo przyzwoicie w rockowo-bluesowej wersji. Przez cały występ Hozier wydawał się lekko zaskoczony bardzo ciepłym powitaniem w naszym kraju. Szczególnie zadowoliło go wykrzyczenie przez wszystkich finałowej piosenki – słynnego „Take Me to Church”.

DSC_0032DSC_0036DSC_0042

 

Zwieńczeniem całego wyjazdu była grupa Kasabian. Miałyśmy okazję już ich usłyszeć na zeszłorocznym Orange Warsaw Festiwal, więc teoretycznie wiedziałyśmy czego się spodziewać. A jednak! Zespół był tak samo energiczny jak się spodziewałyśmy, ale zaskoczył fenomenalnym pokazem laserów nad głowami fanów. Muzycy zagwarantowali nam niesamowite show, przy którym nie dało się stać spokojnie. Widać to było przy barierkach, gdzie ochroniarze nie nadążali z rozdawaniem wody. Nie każdy pokochał ostatnią płytę Kasabian, jej bardziej elektroniczne niż gitarowe brzmienie jest dosyć trudne do przełknięcia dla słuchaczy, którzy nie są typowymi „szalikowcami” zespołu. Musimy jednak przyznać, że na tym koncercie ciężko było znaleźć kogoś, kto by się źle bawił niezależnie od tego, czy grano stare, czy nowe kawałki. Możemy pokusić się o stwierdzenie, że był to jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Open’er Festivalu!

DSC_0056DSC_0075DSC_0081

 

Open’er Festival to impreza, na której każdy fan indie, bluesa czy rocka powinien pojawić się przynajmniej raz w życiu. Ten Festiwal to nie tylko artyści, ale przede wszystkim magiczne miejsce, które tworzą mieszkańcy Gdyni, organizatorzy i ludzie przyjeżdżający z każdej części Europy. 

 

DSC_0054

 


Roksa do organizatorów Open’era: Postarajcie się o nowego administratora strony na facebook, bo hejterzy niedługo Was zjedzą jeśli nie postaracie się o odrobinę luzu. O wiele łatwiej byłoby udostępnić w mediach społecznościach zdjęcie Mikołaja Ziółkowskiego z napisem „Scumbag Ziółkowski” na Antku i zamknąć usta hejterom niż bawić się w zamazywanie tego tekstu. Tak tylko mówię.

 

Nessa & Roksa