DSC_0083

Relacja: Orange Warsaw Festival 2015

Orange Warsaw Festival od dłuższego czasu walczył o zaznaczenie swojego istnienia na festiwalowych mapach Europy. W zeszłym roku dorównał line-upem osławionemu Opener Festivalowi. Tegoroczna edycja była jednak samobójczym strzałem prosto w głowę. Nietrafiony skład będący mieszanką stylów muzycznych, brak obiecanych headlinerów na dwa pierwsze dni oraz gwałtowny spadek cen biletów pokazały, że festiwal chyli się ku upadkowi jeszcze przed 12. czerwca.

Trzydniowa impreza równie dobrze mogła zamknąć się w jednym dniu. Festyn… oj, przepraszam! Festiwal powrócił na Tor Wyścigów Konnych na Służewcu w Warszawie. Tym samym organizatorzy mieli nadzieję, że uda im się uniknąć problemów z nagłośnieniem, które pojawiły się na zeszłorocznej edycji festiwalu odbywającej się na Stadionie Narodowym.

Jednak czy na pewno?

Niestety sceny zostały ustawione bardzo blisko siebie, przez co dźwięki na siebie nachodziły… Uroki błękitnego nieba i zielonej trawy na nic się nie zdały, gdy melancholijne dźwięki zespołu grającego na jednej ze scen były zagłuszane przez basy dochodzące z innych głośników.

zmni   DSC_0021

Jednak skupmy się na najważniejszej sprawie – muzyce!

DZIEŃ 1:

Festiwal rozpoczęłyśmy w rytmach australijskiego zespołu Sheppard znanego z hitu „Geronimo”. Większość piosenek przypominała wyczyny disney’owskich gwiazdeczek, ale oprócz wcześniej wspomnianego kawałka zdarzyło się też kilka, przy których można było potupać nóżką. Grupa bardzo starała się rozruszać mały tłumek znajdujący się pod sceną, więc za dobre chęci trzeba ich nagrodzić. Niestety na tle zespołu negatywnie wyróżniała się Emma Sheppard. Kojarzycie Angelikę Fajcht, gitarzystkę z popularnego programu śniadaniowego? Australia zaprezentowała nam jej platynowoblond odpowiednik.

Zapraszamy za 10 lat z większą klasą ;)

DSC_0010 DSC_0012

Terrific Sunday zostali odkryciem naszego wyjazdu. Czterem chłopakom z Poznania udało się odciągnąć nas od pałaszowania burrito i zachęcić do podejścia pod scenę. Przez, krótką chwilę stałyśmy skonsternowane zastanawiając się czy to przypadkiem Foals nie połączyło sił z polskim Curly Heads. Zespół z pewnością godny polecenia i to z dumą – bo polski!

DSC_0020  DSC_0015  DSC_0017

Pozytywnym zaskoczeniem okazali się chłopaki z Afromental. Zagrali głównie kawałki ze swojej najnowszej płyty i dali czadu! Nikt nie przejmował się brakiem ich największych hitów. „Mental House”, „I Loved You” i wszechogarniająca energia wystarczyłaby na 10 dobrych koncertów. Okazało się, że rezygnacja z funkowo-soulowej muzyki, dzięki której stali się znani, wyszła chłopakom na dobre. Energicznym wykonaniem kompozycji „Return of the Caveman” nie powstydziłyby się żadna światowej sławy nu-metalowa grupa.

To zespół, na koncert którego po prostu trzeba iść!

DSC_0027 DSC_0033 DSC_0030

Na koniec uraczył nas swoim graniem Noal Gallagher’s High Flying Birds, czyli połowa Oasis. Sądzę, że oprócz braku jednego z panów, większej różnicy nie dało się zauważyć pomiędzy koncertami zespołu, a tym solowym. Same kawałki, jak już zostało wspomniane w recenzji najnowszej płyty, są wręcz bliźniaczo podobne do stylu Oasis. Szkoda, że Noel ma bardzo słaby kontakt z publicznością, który na OWF zaczynał i kończył się na krótkich komentarzach dotyczących panującej nad sceną burzy. Jednak warto było pójść, żeby chociażby usłyszeć parę największych hitów nieistniejącego już zespołu.

DSC_0042

Bardzo kusił nas koncert Papa Roach, ale po godzinie spędzonej w deszczu wraz z Noelem postanowiłyśmy ewakuować się do hostelu. Mamy nadzieję, że zespół wkrótce powróci do Polski!

DZIEŃ 2:

Organizatorzy chcieli stworzyć festiwal idealny – dla fanów metalu, rocka, alternatywy, popu, bluesa, elektroniki… Sytuacja wymknęła się spod kontroli i zamiast imprezy uniwersalnej stworzyli twór, który przegrał konkurencję z meczem odbywającym się na Stadionie Narodowym. Tak więc drugi dzień Orange Festiwalu świecił pustkami, czego dowiedziałyśmy się z drugiej ręki, ponieważ… nas też tam wtedy nie było.

Jedynie żal trochę Organka, ale z nim jeszcze na pewno się zobaczymy ;)

DZIEŃ 3:

Dzień trzeci górował frekwencją nad pozostałymi – nic dziwnego – już sama gwiazda wieczoru spokojnie mogłaby zapełnić połowę Toru Wyścigów Konnych w Służewcu. Usłyszenie, jak na żywo gra Muse, za jedyne 95 zł, w towarzystwie m.in. Bastille czy Incubus okazało się łakomym kąskiem dla wielu osób. Grzechem byłoby nie skorzystać!

Dzień rozpoczęłyśmy od pięknych dźwięków zaprezentowanych przez Benjamina Clementine’a. Bosy facet grający na fortepianie z takim niefestiwalowym repertuarem? A jednak! Był to najbardziej relaksujący występ jaki miałyśmy okazje usłyszeć. Z tego, co dało się zauważyć, inni również podzielali to zdanie.

DSC_0051 DSC_0052

Angielskiemu kwartetowi Metronomy udało się podgrzać atmosferę pod główną sceną, jednak to dopiero Bastille rozpoczęło wyczekiwaną przez nas wielką trójkę całego festiwalu. Nie zawiedli! „Things We Lost In The Fire”, „Laura Palmer” czy zwieńczenie hitem „Pompeii” zadowoliło wszystkich fanów, którzy ochoczo reagowali podnosząc przygotowane wcześniej trójkąty (symbol grupy) czy kartki z zabawnymi napisami („We love Bastille more than free WI-FI”)! Oprócz tego dochodzi niezwykłe zachowanie Dana, który w czasie koncertu zbiegł ze sceny, a nawet odtańczył stylowy taniec na rusztowaniu dla kamer.

DSC_0058 DSC_0060 DSC_0063

Incubus to zespół, przy którym warto się zatrzymać. Są znani głównie z kawałka „Drive”, który w roku 2001 dotarł na szczyt amerykańskiego Billboardu. Typowo rockowa grupa grająca w starym stylu, czego teraz zaczyna brakować na festiwalach. Idealne rozgrzanie przed gwiazdami wieczoru.

DSC_0065  DSC_0068

Muse od paru dni jest dla nas równoznaczne ze słowem show. Brytyjczycy wiedzą jak pobudzić publiczność i zasłużenie od lat otrzymują nagrody za najlepsze występy na żywo. Fenomenalna gra świateł, serpentyny, balony… Nie wolno zapomnieć o samej muzyce. Grupa zaprezentowała wszystkie swoje największe hity od „Uprising”, „Madness” po najbardziej pozytywnie przez nas przyjętego „Supermassive Black Hole”. Oczywiście pojawiły się też utwory z najnowszego albumu „Drones”, który swoją premierę miał zaledwie parę dni przed festiwalem. Wszystko odbyło się na najwyższym poziomie. Widać, że scena czerpała siły z publiczności i zwracała w zdwojonej porcji. Niezwykła okazała się postać Matthew Ballamy’ego, którego możemy teraz oficjalnie okrzyknąć Freddim Mercurym obecnej rockowej sceny muzycznej. Facet potrafi zrobić show i zdaje sobie z tego sprawę!

DSC_0079DSC_0080DSC_0091

Był to festiwal sprzeczności. Z jednej strony – muzycy, którzy wyrabiali swój status, bądź udowadniali swój światowy poziom. Z drugiej – skandaliczna promocja festiwalu, będąca tyradą facebookowych obietnic dotyczących headlinerów, chaotyczny line-up i słaba organizacja (niepodpisane sceny, nierozgarnięte osoby z obsługi, mała ilość toalet (!), zły rozkład scen).

Orange Warsaw Festival upadł i już się raczej nie podniesie, a nam było dane tańczyć nad jego grobem śpiewając wraz z tłumem „Apocalypse Please”.

Nessa & Roksa