5f93aedcd0214e67f2ac38580cf1023b

Recenzja: The Vaccines- „English Graffiti”

The Vaccines mogę porównać do słońca wychodzącego zza chmur. Kiedy już zaczynałam tracić nadzieję, co do tegorocznych festiwalowych ogłoszeń, pojawili się oni! Młodzi, zdolni i na dodatek już ze świetnymi dwiema płytami na koncie. Po ich dokładnym, parokrotnym przesłuchaniu wiem, że są idealni do pozbywania się nadmiaru energii. Czy „English Graffiti” również potrząsnęło moim muzycznym światem?

Album zaczyna się bardzo pozytywnie. Pierwszy singiel „Handsome” brzmi jak najlepsze kawałki Brytyjczyków, a nogi same rwą się do tańca. Nie można zapomnieć o charakterystycznym dla zespołów z wysp, wokalu. Powoduje, że oczami wyobraźni mogę zobaczyć grupę w zadymionym typowym angielskim pubie. To jest właśnie magia muzyki.

 

 

Równie wielką energiczną bombą jest „20/20”, a zaraz za nim goni lżejsze „Miracle”. Swoją drogą nie mogę się przy tym kawałku pozbyć skojarzeń do piosenki „America” Imagine Dragons. Bardzo podobnie wyśpiewane refreny.

„Dream Lover” jest szalone. Chociaż patrząc na teledysk lepiej pasuje tu słowo kosmiczne. Specyficzne, ale ciekawe. Stylizowane silniej na lata 80-te podobnie jak kolejne „Minimal Affection” czy „Denial”.

 

 

Blisko połowa utworów jest spokojniejsza od dotychczasowego repertuaru zespołu. Nadal da się w nich znaleźć pozytywy, ale po godzinie odbijania się od ścian po poprzednich piosenkach, te działają wręcz usypiająco.

W „Radio Bikini” zastosowano zabieg, którego nigdy nie mogę zrozumieć. Nie widzę sensu w zagłuszaniu tekstu muzyką, a już na pewno tak intensywną perkusją. Gdyby na tym albumie było więcej piosenek w tym stylu to na pewno skończyłoby się dla mnie silnym bólem głowy.

Tytułowe „English Graffiti” wybija się na tle nietypowej części płyty. Wystarczyły dwie rzeczy- głos Justina Younga (brzmiący tu jak Chris Martin z Coldplay) oraz gitara. Utwór całkowicie akustyczny, przy którym warto odlecieć.

 

 

Niestety znalazły tu też swoje miejsce kawałki, które możemy zaliczyć do tych złych eksperymentów lub zapychaczy. Do pierwszej grupy trafia „Stranger” i bezsprzecznie „Undercover”, który jest najgorszym utworem z płyty. Mogę zrozumieć pojawienie się piosenek bez słów jako krótkiego wstępu do albumu- swoistego intra. Natomiast tutaj „intro” znajduje się pod koniec i wywołało we mnie większe zniesmaczenie niż zainteresowanie.

Definitywnie ta płyta nie będzie należała do moich ulubionych z tego roku. Na pewno też nie zapisze się do najlepszych spośród trzech wydanych do tej pory przez The Vaccines. „English Graffiti” okazała się bardzo nużącym eksperymentem. Na szczęście po jej przesłuchaniu można szybko wrócić do „Come of Age” lub świetnego debiutu. Oba albumy szybko naładują pozytywną energią. Sprawdzone!