Faith-No-More-Sol-Invictus

Recenzja: Faith No More- „Sol Invictus”

Wiele osób, którzy mają silnie rozwinięty i wart mojej uwagi gust muzyczny, ceni Faith No More. Wręcz odniosłam wrażenie, że niektórzy ich ubóstwiają ku mojemu lekkiemu zdziwieniu. Oczywiście znam ich rozsławione hity- „Midlife Crisis”, „Epic” czy „Easy”- wciąż powtarzane w większości stacji radiowych. Jednak nigdy nie czułam potrzeby większego zagłębienia się w ich muzykę. Po ogłoszeniu daty nowego albumu po długoletniej przerwie wiedziałam, że nadszedł czas na moją muzyczną edukację. Co z tego wynikło?

„Sol Invictus” jest krążkiem niezaprzeczalnie mrocznym. Już sam mruczany początek tytułowego utworu nas w tym utwierdza. Chociaż przedziwne wibrato chwilę później trochę rujnuje cały efekt… A szkoda!

Panowie na tym krążku porzucili charakterystyczny styl połączenia rapu z rockiem i metalem, aby zagłębić się jedynie w ten ostatni gatunek. W czasie odsłuchiwania przychodziły mi go głowy nieskończone porównania do Marilyna Mansona. Sądzę, że nie powstydziłby się nagraniem paru utworów takich jak „Matador”, które możemy tu znaleźć.

Jednym z pierwszych singli był „Superhero”. Piosenka utrzymana w dobrym stylu, ale stało się to, co dzieje się ze mną nawet w czasie największych hitów tego zespołu. Kiedy słucham ich parokrotnie czuję znużenie już w połowie kawałka. Duży wpływ ma na to na pewno długość i powtarzalność tekstów. Przeważnie mi to nie przeszkadza jednak tu bardzo drażni.

 

 

 

Jednym z moich ulubionych kawałków jest „Sunny Side Up”. Kogo nie zainteresowałaby piosenka o tytule „sadzone”? Idealna do śniadanie i tostów. Miałam głębokie nadzieje, że może jednak tytuł ma na celu zmylenie słuchaczy i tekst jest zupełnie o czymś innym… Niestety.

 

Sunny side up, sunny side up
Such a lovely way to start the day
Sunny side up, sunny side up
Not the only way to fry an egg
Sunny side up, sunny side up”

 

Tekst refrenu przypomniał mi o słynnej jajecznicy zwyciężczyni polskiego Idola- Alicji Janosz. Na szczęście inny styl śpiewania i dobre tło muzyczne trochę zmieniło tory tego kawałka. Dlatego też, kto nie będzie się wsłuchiwał w tekst może być zadowolony z tej porannej piosenki.

Lubię mocny rock i nie przekreślam w mojej kolekcji dyskografii sensownego metalu. Zespół całkiem ciekawie łączy powolne refreny z tzw. „darciem ryja”, które możemy usłyszeć m. in w „Rise Of The Fall”.

Moim niezaprzeczalnym numerem jeden jest „Mothefucker”. Jednak nie była to miłość od pierwszego usłyszenia. Niepostrzeżenie wdarła się do mojego umysłu i jak na razie zagrzała tam swoje miejsce. Świetny, stopniujący początek piosenki, zapadający w pamięć refren, a wokal momentami przypomina mi styl Rammsteina. Nie mogę zapomnieć również o perkusji. Może nie słychać tu niezwykłych solówek, ale perkusista swoje zaszczytne miejsce tu ma i robi świetną atmosferę.

Najlżejszym kawałkiem jaki można znależć na albumie jest „From The Dead”. Lekki wokal, chórek w tle i delikatna gitara. Przy słuchaniu całego albumu ten utwór staje się słońcem wychodzącym zza chmur po burzy. Mnie się podoba, ale totalnie nie klei się stylem z dziewięcioma poprzednimi utworami.

Po parokrotnym przesłuchaniu całego krążka miałam problem w jego ocenie. Na pewno nie jest to najlepsza płyta jakiej słuchałam, ale z drugiej strony jest on na dobrym poziomie. Mimo, że album ma tylko 39 minut to czułam się po nim jakbym przebiegła maraton. Odkryłam jednak, że całkiem przyjemnie słucha się ich w tle przy nauce po jego wcześniejszym przemaglowaniu dziesiąty raz. Na pewno nie stanę się teraz fanką Faith No More i dalej nie rozumiem ich fenomenu. Odnoszę wrażenie, że Panowie rozumieją go aż za dobrze nazywając swój krążek „Słońcem Niezwyciężonym”. Czy Faith No More jest niezwyciężone? Może jedynie dla zagorzałych fanów.