a1091986183_10

Recenzja: Brandon Flowers- „The Desired Effect”

 

He is a little genius. He’s a deep soul and a spirit man. I think we’ve only seen the tip of the iceberg.”

Daniel Lanois, Entertainment Weekly, November 12, 2010

 

Te słowa napisane przez dziennikarza po premierze „Flamingo”- pierwszego solowego albumu Brandona Flowersa, najprawdziwiej oddają obecną sytuacje. Ówczesny krążek został ostro oceniony za brak energii, wyrazistości różnorodności. Tym razem, począwszy od pierwszego singla jakim było „Can’t Deny My Love”, Brandon skutecznie udowadniał, że pokarze na co go stać.

Po jednostajnym i trzeba to otwarcie przyznać- nudnawym początkiem solowej kariery, nie spodziewałam się uderzenia z grubej rury. Już single zwiastowały spojrzenia na solową karierę Flowersa z nowej perspektywy. Nawiązanie do popu lat 80-tych okazało się strzałem w dziesiątkę.

Puszczając pierwszy kawałek trudno się nie uśmiechnąć. Wydaje się idealnym początkiem zapowiadającym słuchaczom przeniesienie w magiczny świat muzyki, która gra w duszy Flowersa. Na takim wstępnie się nie kończy, bo dalej jest jeszcze lepiej.

Na pewno na krążku nie zabrakło radiowych hitów. W tym gronie silnie swoje pozycje zaznacza perfekcyjnie wykonane „Can’t Deny My Love” oraz proste, ale radośnie żwawe „Still Want You”. Pozytywnym zabiegiem było zastosowanie soulowego kobiecego chóru, który nadaje dodatkowego nasycenia w większej części albumu. Mimo, że często takie muzyczne strategie nie wychodzą ostatecznie na dobre to w „The Desired Effect” taktyka dała świetne efekty.

Zaraz za pierwszymi singlami gonią kolejne- „I Can Change” i „Lonely Town”, które już całkowicie przenoszą w lata 80-te. Trudno nie nawiązać tutaj do paru świetnych kawałków- „Maniac” Michael’a Sembello czy „What a Feeling” Irene Cara. Brakuje tylko młodej dziewczyny w słuchawkach i grubych skarpetach. Chyba nie tylko ja miałam taką wizję, bo podobna pojawia się w jednym z teledysków.

Nie gorsze jest „Diggin’ Up The Heart”, w którym można usłyszeć trochę starego rock’n'rolla. Natomiast ostatnie dwa nawiązują do britpopu i legendarnych brytyjskich zespołów. W „Untangled Love” wyczuwam szczyptę Queen i The Beatles. „The Way It’s Always Been” to dla mnie pomieszanie The Kinks z The Smiths.

Wśród dziesięciu piosenek swoje miejsce znalazło też delikatne nawiązanie do poprzedniego albumu, za które uważam „Between Me And You”.

Nie da się zaprzeczyć, że Brandon Flowers swoim drugim solowym albumem pokazał precyzje i zróżnicowanie z jakim potrafi tworzyć muzykę. Nie ma tutaj przypadkowych dźwięków. Cały krążek jest mieszanką nawiązań do twórczości legendarnych artystów, ale całość trzyma się spójnie w stylistyce popu lat 80-tych. Tym razem nie można zarzucić, że płyta przypomina kolejne nagrania The Killers sygnowane jedynie nazwiskiem ich frontmana. Wokalista pokazał co mu w duszy gra i zamknął usta nieprzychylnym recenzentom. Nawiązując do cytatu z początku recenzji- „The Desired Effect” stało się górą lodową, która z zawrotną prędkością przecina odmęty obecnego popu wprowadzając w niego nowe życie. Oby więcej artystów nie bało się bawić muzyką w taki sposób! Brandon Flowers ze swoim drugim solowym albumem na pewno znajdzie się w mojej topce najlepszych tegorocznych płyt.