1035x983-magic whip

Recenzja: Blur – „The Magic Whip”

Winą za zawieszenie działalności  Blur można obarczyć Damona Albarna.

TEGO Albarna.

To on wraz z trójką przyjaciół: Grahamem Coxonem (gitarzysta), Alexem Jamesem (basista) i Dave’em Rowntree (perkusista),  stworzył legendę brit popu, po czym brutalnie odebrał ją fanom. Biorąc jednak pod uwagę to w jak świetne muzyczne projekty zaangażował się po 2003 można mu ten skok w bok wybaczyć. Zarówno twórczość  Gorillaz jak i jego solowe dokonania kupiły na długi czas serca fanów Blur. Po 6 latach zespół zdecydował się na reaktywację. W ramach trasy koncertowej muzycy zagościli również w Polsce, w ramach Open’er Festiwalu. Jednak jeszcze wiele lat kazali nam czekać na swój kolejny album. Od wydania „Think Tank” minęło 12 lat! Oczekiwanie było okraszone wydaniem kilku apetycznych singli oraz nagrań z trasy koncertowej.

I tak oto pewnego uroczego dnia AD 2015 Blur wzięło nas z zaskoczenia wydając  singiel „Go Out” i zapowiadając jeszcze na ten rok nową płytę. Nie kryłam radości słysząc znajomy, magnetyzujący  głos pana Albarna ukryty za plakietką zespołu Blur.

To co jednak później zaprezentował nam zespół z pewnością  nie było tym, na co czekano. Przez chwilę zastanawiałam się czy na pewno słucham ich najnowszej płyty, ponieważ kolejne utwory z „The Magic Whip” przypominały raczej mieszankę Gorillaz oraz C- popu.

Odtwarzałam tę płytę raz za razem szykując się na mieszającą z błotem Brytyjczyków recenzję. I kiedy poszukiwałam coraz ambitniejszych porównań wyrażających mój żal i rozczarowanie spostrzegłam… że te piosenki  przywarły do mnie jak stara guma do trampka. Broniłam się, wołałam, że mam dosyć, ale nowa płyta Blur atakowała mnie z każdej strony: w radiu stojącym w kuchni, sklepie i w drodze do pracy. Najpierw poddałam się skocznej melodii „Lonesome Street”,  później zauroczyłam się w dźwięku skrzypiec z „Mirrorball”.  „Go Out” już w chwili wydania wdarło się w moje łaski.

Muszę więc przyznać, że ten krążek nie jest aż tak zły, a ta recenzja nie jest tak ostra jak to sobie wyobrażałam. Coś mi ciągle nie pasuje, czegoś wciąż mi brak…  troszkę za dużo Albarna, a za mało Blur. To był taki powrót przez tylne drzwi, a nie z wielkim „Woo-hoo” z „Song 2”. To co otrzymaliśmy nie jest złe – jest nieco rozczarowujące. I tym krótkim podsumowaniem zakończę swój wywód czekając na kolejną płytę Brytyjczyków.