mumf

Recenzja: Mumford & Sons – „Wilder Mind”

Z niesamowitą przyjemnością pisze się recenzje dobre. Człowiek siedzi jak natchniony w kawiarni/ w domu/ w pracy i nawet na skrawkach papieru spisuje swoje przemyślenia dotyczące nowego albumu, łaknąc każdego nowo przesłuchanego kawałka. Z bardzo złymi płytami również nie ma większego problemu – w końcu można przelać na papier całe kłębiące się w nas zgorzknienie. I złość na artystów, którzy zawiedli.

To co zrobili Mumford & Sons ciężko zakwalifikować do każdej z tych grup.  To co nam przedstawili jest przygnębiająco przeciętne. Zespół w ostatnich wywiadach żalił się, że nienawidzi swojej nazwy, imagu oraz wstyd im za stare kawałki. Dlaczego więc nie zaczęli nagrywać pod zmienioną nazwą? – jest to dla mnie tajemnicą. Postanowili za to nagrać płytę z innej bajki, która grubą kreską odcina się od dotychczasowej dyskografii Mumford & Sons. Wydaje mi się, ze w zamyśle miała być ona „taka dorosła i dojrzała”. Stało się inaczej – panowie stworzyli kolejny mainstreamowy indie popowo- rockowy krążek. Moje ubolewanie nad banjo wyrażałam już kilkakrotnie wraz z pojawianiem się kolejnych singli. Nie mogę jednak oprzeć się by zadać to pytanie po raz kolejny „GDZIE JEST BANJO?!”. W żadnym z 12 przesłuchanych przeze mnie utworów nie udało mi się tego magicznego instrumentu doświadczyć. A to przecież dzięki tej uroczej gitarce zespół odniósł aż tak znaczną popularność i zaznaczył swoje istnieje na arenie międzynarodowej.  Dziś, wydając album „Wilder Mind” stali się po prostu kolejną kopią kopii. Czymś co już było.

I tak wiem – kawałki takie jak „Believe” czy „Tompkins Square Park”  zagościły/ zagoszczą na listach przebojów. Wpadają też w ucho, ale nie wróże im zbyt długiej kariery. Są to hity jednego sezonu, a przypominać będą o nich jedynie setlisty koncertowe zespołu. Krążek ten natomiast stanie się czarną karną w historii grupy, o której – mam nadzieję – za kilka lat będą opowiadać jak o niefortunnym skoku w bok.

Czy ta recenzja jest zbyt ostra? Być może, ale tak rozpaczliwie tęsknie za tym dawnym brzmieniem, które sprawiało, ze na moich ustach gościł uśmiech. Brak mi tej świeżości, która stała się ofiarą pogoni za czymś nowym, innym. Mam nadzieję, ze Mumford and Sons zawrócą z tej drogi i po raz kolejny zabawią się swoją muzyką. Chciałabym o kolejnym albumie napisać w samych superlatywach i zasłuchiwać się każdym nowym kawałkiem. Tego życzę nie tylko sobie, ale również Wam.

Jak na razie nowy krążek można podsumować jedynie słowami jednej z piosenek: But it was not your fault but mine. And it was your heart on the line. I really fucked it up this time. Didn’t I, my dear? Po czym dla odstresowania odpalić sobie Little Lion Man  :)