The_Day_Is_My_Enemy_album_cover

Recenzja: The Prodigy – „The Day Is My Enemy”

Na nową płytę The Prodigy czekałam z niecierpliwością. To jeden z tych zespołów, który wyciągnął techno i muzykę elektroniczną z 20- letniej beemki osiedlowego dresa i pozwolił zaistnieć temu gatunkowi na (świat się kończy) rockowych festiwalach! Na swoje koncerty wabią fanów różnorodnej muzyki – zarówno rocka, punk rocka, jak i rapu i techno, co jak dla mnie jest fenomenem. W tym roku Brytyjczycy zaprezentowali swój najnowszy album pt.  „The Day Is My Enemy”.

Ilość krytycznych komentarzy pod niemal każdym nowo ukazującym się singlem wręcz powalał mnie na ziemię, podobnie jak uwagi dotyczące tego, że The Prodigy skończyło się na „The Fat Of The Land”.

Rozpoczęłam więc przedświąteczne porządki od odpalenia na cały regulator nowego albumu i pogrążenia się w nowej muzyce The Prodigy. To płyta, która swoim brzmieniem przekazuje silne emocje – gniew, agresję, złość, szał. Krążek jest nośnikiem olbrzymiej dawki energii, czymś co gwarantuje muzyczny odlot i zawrót głowy. Są to dźwięki, które pchną nieświadome niebezpieczeństwa ofiary w sam środek koncertowego pogo, gdzie odkryją czym jest Wall of Death.

Wszystko to jednak zostało ukryte za aż nazbyt znajomymi dźwiękami. Nie będę walczyć z niektórymi opiniami. Tutaj nie sposób nie zgodzić się z tym, że The Prodigy od dłuższego czasu tworzą muzykę  na jedno kopyto, której daleko jest od rewolucji którą pragną osiągnąć. W pewnym momencie zaszli za daleko w swojej twórczości, a przekraczanie kolejnych granic stało się zbyt trudne. Ugrzęźli na twórczej mieliźnie powielając na nowo dokonania z poprzednich płyt. Miałam to niewdzięczne muzyczne deja vu słuchając utworów z najnowszej płyty. Czy jednak oznacza to, że powinniśmy skreślić ich już na starcie, a „The Day Is My Enemy” wyrzucić do kosza?

Liam Howlett i reszta ekipy z Essex podsycali nasze apetyty związane z płytą już od dłuższego czasu. Trafili na mój podatny grunt, a ja szybko łyknęłam pierwszy singiel jakim było „Nasty”. Jest to bardzo intensywny kawałek z charakterystycznym dla muzyki The Prodigy skocznym rytmem i tekstem idealny do skandowania. Dla  osób po 6-letnim odwyku od ich muzyki i całkiem nowych fanów była to z pewnością całkiem apetyczną zajawka nowego wydawnictwa.

Moją drugą miłością stało się „Wild Frontier”, kolejny koncertowy hit, który z pewnością na stałe zagości na set listach The Prodigy,. Zarówno ten jak i kolejne single spotykały się z niezrozumiałą jak dla mnie, dużo mniejszą aprobatą fanów. Moim zdaniem to co zaserwował nam brytyjski zespół – ta wydobywająca się z ich kawałków energia – jest dowodem na to, że wciąż są w formie i skrzętnie skrywają fakt, że obchodzą w tym roku ćwierćwiecze swojego istnienia.

Kotlet, który został nam zaserwowany został mocno przyprawiony by ukryć swąd starości, jednak nie wszyscy łyknęli tę zgrabnie przygotowaną muzyczna przynętę, o czym świadczy ilość negatywnych komentarzy. Ja dałam się otumanić i z przyjemnością odpaliłam sobie  „The Day Is My Enemy” nie bacząc na to jak bardzo znajdujące się na niej utwory zlewają się w muzyczny ciąg. „Wild Frontier”,„Destroy” oraz „Rok-Weiler” na długo zagoszczą na mojej playliście, a ja pozostanę na swoim ostatnim bastionie obrony The Prodigy, jednocześnie będąc świadoma wad jakie skrywa ów krążek. To – mimo wszystko – kawał całkiem niezłej muzyki i każdemu zespołowi życzyłabym tak dobrego albumu po 25 latach działalności.

O tym jak nowa płyta sprawdzi się „w starciu” z żywym odbiorcą obywatelstwa polskiego (niekoniecznie mowa tu o Januszu z siarczystym wąsem i w klapkach Kubota,) dowiemy się już w lipcu w ramach Open’er Festivalu. Polacy jak wiadomo – to wymagająca publiczność i jak nikt potrafią docenić to co serwują nam artyści na koncertach. Ja wierzę całym sercem, że The Prodigy nie zawiodą, zaprezentują nam najprawdziwszy muzyczny odlot i utrą nosa wszystkim, którzy wątpili w potencjał ich muzyki.