Scorpions_-_Return_to_Forever_cover_album

Recenzja: Scorpions – „Return to Forever”

 

„Wind of Change” jest piosenką, której nie wypada nie znać. Po prostu – to jeden z tych sztandarowych kawałków jak „Dust in the Wind” Kansas czy „Nothing Else Matters” Mettalicy. Ballada rockowa niemieckiej grupy Scorpions tyczący się przemian politycznych w ZSRR na przełomie lat 80 i 90 stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu, który już od 50 lat serwuje nam swoją muzykę. A do tego – w tym roku zdecydowali się wydać kolejny, dwudziesty już album pt. „Return to Forever”!

Scorpionsi (bo tak zwykło się ich w naszym kraju nazywać), nagrali mocną płytę utrzymaną w klimacie lat’80. Tak więc na nie brakuje tutaj ostrych gitarowych solówek, delikatnych ballad i chwytliwych refrenów.  Album jest melodycznie schludny i jednolity, skrojony na miarę przyzwoitego rockowego krążka, który z pewnością zostanie doceniany przez fanów i… niestety nie zostanie zauważony przez przeciętnego zjadacza chleba. Nie ma na nim „hitów”, które mogłyby się samodzielnie obronić. Próżno więc szukać na niej kolejnego „Rock You Likea Hurricane” czy „Still Loving You”.

Ciężko jest oceniać profesjonalistów jakimi są Scorpions. To zespół z olbrzymim doświadczeniem i sporym dorobkiem artystycznym, tworzą świadomą muzykę, w której nic nie jest kwestią przypadku.

„Return to Forever” rozpoczyna się od mocnego uderzenia czyli „Going Out With A Bang”, lecz dopiero w „Rock My Car” poczułam prawdziwy ogień. Gitarowa solówka jest niczym wisienka na torcie w tym utworze. Ten kawałek oraz „All For One” uważam za najlepsze na tej płycie, które mają szanse poruszyć tłum podczas występu zespołu na żywo. „Catch Your Luck and Play” zasługuję na uwagę choćby ze względu na gitarowe intro i przyjemny harmonijny rytm. Równie dynamiczne co poprzednie utwory „Rock ‘n’ Roll Band” nieco gubi się na płycie choć brzmi jak kawałek wyjęty prosto z ze studia nagraniowego z końca lat ’70.

Nieco gorzej ma się sprawa z powolniejszymi utworami na płycie takimi jak „Gypsy Life” czy „House of Cards”. Długo zastanawiałam się co z nimi nie tak. To klasyczne kawałki, które mam w zwyczaju nazywać smętami, jednak  wydaje mi się, że głównym powodem mojego niezadowolenia jest ich… długość. Utwory spokojnie można było bardziej skompresować by stały się łatwiej przyswajalne i przyjemniejsze w odbiorze. Te nie  zapadają w pamięć, ani nie sprawiają, że słuchacz na moment zatrzyma się i zaduma nad treścią piosenki.

Co tu dużo mówić – doczekaliśmy się kolejnego całkiem niezłego albumu legend rocka, jednak nie otrzymaliśmy krążka, który zapisze się złotymi zgłoskami na kartach muzycznej historii. Scorpionsi nie ulegają wichrom zmian w związku z tym jest to po prostu „kolejna płyta Skorpionów”, która nie przysporzy im nowych fanów, ale też nie pozwoli na to by starzy poczuli się rozczarowani.