gd

Muzyczny Portret: Billie Joe Armstrong

Billie Joe Armstrong to wszystkim znany wokalista punk rockowego zespołu Green Day. Jest idealnym przykładem dwóch przeciwieństw w jednym ciele- ustatkowanego męża i ojca oraz potrafiącego ostro zaszaleć prawdziwego rockmana.

Moja historia z tym wokalistą rozpoczęła się mniej więcej wtedy gdy uczęszczałam do gimnazjum. Do dziś pamiętam jak z rumianymi policzkami oglądałam w kółko teledysk do „American Idiots” i próbowałam nadążyć za śpiewaniem refrenu. Do dziś nie osiągnęłam w tym perfekcji. Potem oczywiście nadszedł czas na „Wake Me Up When September Ends”. Po poznaniu historii powstania tego utworu stał się dla mnie jednym z najpiękniejszych ballad o przemijaniu jakie powstały. Jeśli nie słyszeliście- za kotarą tej piosenki jest historia nastoletniego chłopca, który stracił ojca i w czasie pogrzebu zapłakany zamknął się w swoim pokoju. Kiedy po jakimś czasie weszła tam jego mama powiedział do niej słowa: „Wake me up when September ends”. Tym chłopcem był właśnie Billie, który parę lat później swoją tragedię potrafił przemienić na słowa muzycznego hitu. Rzewna historia, ale w jakiś tajemniczy sposób podnosząca na duchu. Poza tym wspaniały początek do muzycznej biografii godnej Oscara.

Nie mogę również zapomnieć jak marzyłam, żeby zobaczyć Billiego i resztę na żywo! Jego zespół jest pierwszym, który mnie zafascynował aż tak, że ich koncert stał się moim marzeniem mimo że było to wtedy dla mnie nierealne.

Następnie nadszedł czas „21st Century Breakdown”. Ten album przez długi czas był jedynym , którego słuchałam namiętnie w kółko, bez przerwy i naprawdę cieszyłam się każdym utworem. Do dziś mam do tych piosenek wielki sentyment i jest to jedna z moich ulubionych płyt.

W tym czasie na deskach teatru pojawił się musical „American Idiot”, który został oparty na piosenkach z albumu pod tym samym tytułem, ale wykorzystano tu również parę utworów z nowszego wydania jak np. „21 Guns”. To wykonanie robi wrażenie. I tak szczerze- ile rockowych zespołów może się poszczycić broadwayowskim musicalem na postawie jednej z ich płyt?

 

 

W niektórych przedstawieniach wziął udział sam Billie mimo pewnych przeciwności losu. Przedłużający się termin wstawienia mu nowej protezy nie powstrzymał go od zaśpiewania na deskach teatru jak widać poniżej.

 

 

Ciekawostką, którą lata temu wyczytałam w internecie i do dzisiaj została w mojej pamięci to powód dlaczego Armstrong został na pewien czas wegetarianinem. Było to spowodowane dość niecodzienną śmiercią jego kota, którą poniósł… w pralce. Nie chcę wiedzieć czemu i jak się tam znalazł…

 Wracając do tematu zespołu, z którego jest najbardziej znany- ostatnimi wydawnictwami zespołu Green Day są trzy krążki- ¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tré!. Jest to bardzo ciekawe przedsięwzięcie ze strony muzyków. Stwierdzili, że szkoda im zmarnować tyle dobrych kawałków, które napisali, więc podzielili je na trzy gatunki- pop i wczesne The Beatles, garażowe brzmienie oraz pop punk. W miarę promocji nowej muzyki, zespół ruszył w trasę koncertową „99 Revolutions Tour” i tym razem nie ominęli Polski! A kim ja bym była gdybym pozwoliła prześlizgnąć się moim nastoletnim marzeniom? Mówiąc wprost- nie zawiodłam się. Był ogień, był pot, były łzy. Zagrali wszystkie znane utwory łącząc je z nowymi w niezapomnianym show. Jak zwykle Armstrong zaprosił na scenę jednego z fanów, którego obdarzył pocałunkiem. Nie zależnie od płci! (Panie, Panowie… wszyscy mają szansę!) Na dodatek szczęśliwiec po zagraniu z zespołem na scenie otrzymuje od nich gitarę. Kto by nie chciał? Ostatecznie Green Day uraczył nas nawet kawałkiem „Wake Me Up When September Ends” mimo że na ówczesnej trasie robili to rzadko. Do dziś jest to najbardziej wyskakany koncert mojego życia. Tym razem nie przeszkadzał mi nawet mój wzrost, przez który bez zakłóceń widziałam scenę tylko parę razy. Billie i pozostali członkowie zespołu mają niezwykłą energię, którą na żywo potrafi ponieść fanów.

Niestety jak na prawdziwego punk rockowca przystało- wokalista zalicza zarówno wzloty, jak i upadki. Do tych drugich na pewno można zaliczyć odwyk w czasie ostatniej trasy koncertowej. Został na niego wysłany niedługo po niesławnym występie na iHeartRadio Festival, który został przez niego przerwany dość spektakularnie. Po wygłoszeniu krótkiej przemowy, paru bluzgów typu „I’m not fucking Justin Bieber”, rozwaleniu gitary i rzuceniem mikrofonu, zszedł ze sceny. Brzmi jak prawdziwy rockman, nieprawdaż? Niedługo potem Armstrong został posądzony o bycie pijanym podczas koncertu i wysłany do ośrodka odwykowego.

 

 

Mimo przeciwności losu na przełomie lat udzielał się w wielu projektach muzycznych. Jest założycielem poprockowej grupy Pinhead Gunpowder. Wraz z pozostałymi członkami zespołu Green Day należy też do mniej znanych grup- The Network i Foxboro Hot Tubs, których charakteryzuje rock’n'roll lat 60-tych. Oprócz tego nagrał album „Foreverly” z piosenkarką jazzową Norah Jones, więc jak widać odnajduję się w wielu gatunkach.

 

 

 

Billie Joe jest według mnie świetnym i charakterystycznym wokalistą, którego nie da się podrobić (polecam chociażby nowsze „Brutal Love”, które idealnie pokazuje jego możliwości). Na dodatek założył i stworzył zespół, który przejdzie do historii. Green Day niedawno zostało dodane do „Rock and Roll Hall of Fame”. Jak dla mnie jak najbardziej zasłużenie, bo z ich obecnym dorobkiem już są kultową grupą w swoim gatunku.