Recenzja: Papa Roach- F.E.A.R.

Zabranie się do pisania tej recenzji zajęło mi dużo czasu. Dlaczego? Bo zawsze w muzyce staram się znaleźć pozytywy, a najnowsza płyta Papa Roach pomimo moich najszczerszych chęci mnie nie zachwyciła i w miarę słuchania wręcz utrudniała to zadanie.

Zaczęło się od singla „Face Everything And Rise”. Mówiąc krótko- mimo wielokrotnego przesłuchania nie porwał mnie. Kawałek wydawał mi się zbyt słaby dla twórców takich świetnych utworów jak „Last Resort” czy „Still Swingin’”. Potem dotarłam do „Warriors”, co skończyło się jeszcze większym zawodem, bo w uszach zadźwięczało mi tandetą. Z nadzieją na lepsze kawałki, którymi będę mogła się zachwycać, czekałam na całą płytę.

Zaraz po jej pojawieniu rzuciłam się, żeby przebrnąć przez wszystkie 12 kawałków… Nie raz, ale parokrotnie. Po pierwszym przebadaniu zawartości w mojej głowie kołatały się myśli czy właśnie odsłuchałam cały album, czy trwającą 42 minuty godną rekordu Guinessa najdłuższą rockową piosenkę świata? Naprawdę. Proponuję puścić sobie ten album w tle i jestem przekonana, że większość osób przy pierwszym słuchaniu nie rozróżni kiedy dany utwór się kończy, a drugi zaczyna.

Dopiero przy trzeciej konfrontacji i silnym skupieniu zaczęłam rozróżniać poszczególne piosenki. Pierwsze godne zapamiętania wydało mi się „Skeletons”. Niestety tylko mi się wydawało, bo równie szybko o niej zapomniałam.

Obecnie najlepiej przyjmuje „Love Me Till It Hurts” i sądzę, że jeśli teraz będę słuchała jej osobno to wyrobie sobie o niej całkiem dobre mniemanie.

„War Over Me” też jest niezłą piosenką z mocną gitarą w refrenach, ale dalej czegoś mi tu brakuje.

Płyta jest typowo rockowa, nie zaprzeczę, ale po tym zespole spodziewałam się czegoś lepszego. Może będzie to wszystko dobrze brzmiało na letnich festiwalach, ale nie tylko o to chodzi. Obecnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że większość piosenek jest po prostu kiczowata. Na dodatek nie jest to kicz godny ponucenia. „Gravity”, „Fear Hate Love” i wcześniej wymienione już single na pewno nie zapiszą mi się na długo w pamięci. Mam wrażenie, że myślą przewodnią producentów było powiedzenie „jednym uchem wpada, a drugim wypada”, ponieważ żaden kawałek nie utkwił mi w pamięci nawet na chwilę.

Przygotowując się do tej recenzji zauważyłam, że Rolling Stone ocenił album na 2,5/5. Nie jestem pewna czy zatrzymałabym się na takiej ocenie. Na szczęście nie jestem do niej zmuszona.

Po parokrotnym przemaglowaniu płyty wiem, że na pewno nie zaliczę jej do udanych projektów tego roku. Jeśli wymazać nazwę zespołu i odciąć bardziej znane utwory, które Papa Roach stworzyło do tej pory, to można określić tą twórczość jako „niezłą”. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę zespół, który ma już na swoim koncie pewne sukcesy to po 3 latach przerwy spodziewałabym się czegoś mocniejszego i bardziej różnorodnego. Tymczasem zaserwowali nam składankę bliźniaczo brzmiących rockowych utworów.

Osobom, które do tej pory nie zasłuchiwały się we wszystkie piosenki Papa Roach polecam słuchać tylko pojedynczych kawałków, a nie całego albumu „F.E.A.R” naraz. Sądzę, że to płyta jedynie dla oddanych fanów.