Recenzja: Marilyn Manson- The Pale Emperor

Marilyn Manson to człowiek kontrowersyjny, którego życie skupia się na prowokacji wizerunkiem, zachowaniem i muzyką. Po pojawieniu się na spotify singla „Cupid Carries A Gun” stwierdziłam, że czas rzucić się na głęboką wodę i zrecenzować artystę, którego na co dzień nie słucham. Co z tego wyszło? Sprawdźcie poniżej.

Jeszcze przed pojawieniem się w sieci całego albumu zaczęłam zapoznawać się bliżej z poprzednimi wydawnictwami. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to długość płyt. Na każdej jest od 13 do nawet 20 kawałków. Najmniej ma ostatni album, bo tylko 10. Chociaż już na wersji deluxe usłyszymy o trzy kawałki więcej. Dodatkowo trzeba zaznaczyć, że Manson nie robi krótkich piosenek. Na „The Pale Emperor” najdłuższa „Odds Of Even” trwa ponad 6 minut.

Muszę przyznać, że do całego krążka musiałam robić parę podejść. Marilyn Manson to nie Katy Perry i potrzebowałam odpowiedniej atmosfery, aby móc przebrnąć przez wszystkie piosenki. 

Od pierwszego przesłuchania „Cupid Carries A Gun” jestem zaintrygowana tym kawałkiem. Szczególnie wstępem, bo muzyka przypomina mi rodem Sherlocka Holmesa, którego jestem fanką. Wokal też przypadł mi do gustu. Na pewno jest to utwór godny promowania całej płyty skoro nawet mnie zdołał przyciągnąć.

Można też znaleźć tu parę intrygujących kawałków jak „Deep Six”, „Third Day Of A Seven Day Binge” czy „The Mephistopheles Of Los Angeles”, do których na pewno wrócę. Jednak pojawiły się też takie, które nie wywołały u mnie żadnej emocji. Przy niektórych złapałam się również na spoglądaniu na czas, bo miałam wrażenie wydłużania ich na siłę, co na pewno nie zadziałało na korzyść.

Wsłuchując się we wcześniejsze płyty Mansona, zauważyłam u siebie pewną prawidłowość. Stosunkowo często zdarza mi się odczucie „Czy ja już gdzieś tego nie słyszałam?”. Taka sytuacja wystąpiła przy „Devour” i „Running To The Edge Of The World”. Odnośnie pierwszego sądzę, że jakimś cudem ten kawałek mógł jakoś do mnie dotrzeć i zakopać się głęboko w mojej głowie. Co do drugiego, to znajoma wydaje mi się jedynie muzyka. Może się mylę i po prostu dotarło do mnie więcej utworów Marilyna Mansona niż zdawałam sobie sprawę?

Podobnie miałam z „Third Day Of A Seven Day Binge” z najnowszej płyty, którego już na pewno nie mogłam słyszeć wcześniej, bo pojawił się dopiero parę dni temu. Nie wiem, może odczuwam pewnego rodzaju muzyczne „Déjà vu”. Chociaż przy trzecim razie, wzbudziło to moje podejrzenia. 

Trzeba przyznać, że Manson w każdym kawałku (tak, nawet tym dłużącym się) potrafi zbudować atmosferę, która może przenieść słuchacza w inne miejsce. Przeważnie jest to miejsce tajemnicze, pełne zagadek jak sam Marilyn. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem jak najbardziej na „tak” dla takich kawałków!

Muszę też zwrócić uwagę, że muzyka w każdym z utworów brzmi świetnie. Mogę się tu nawet pokusić o stwierdzenie, że czasem przebija ona wokal. Na pewno chętnie zapoznam się z wersją instrumentalna albumu, żeby sprawdzić czy po jej przesłuchaniu potwierdzę swoje zdanie, czy też będzie mi tam czegoś brakowało.

Sam wokal, jak to zwykle bywa z tym wokalistą, kontrowersyjny i bardzo charakterystyczny. Co jak co, ale Marilyn Manson jest jedyny w swoim rodzaju i nie da się go skopiować.

„The Pale Emperor” Marilyna Mansona jest płytą ciężką do przebrnięcia dla osób, które nie są fanami tego artysty. Nie znajdziemy tu utworów, które raz usłyszane pozostaną nam w głowie na długo. Jednak uważam, że dla świetnej muzyki i panującej w każdym kawałku atmosfery, warto poświęcić te parę godzin.

Trzeba dodać, że z każdym kolejnym odsłuchaniem słucha mi się jej coraz lepiej, więc kto wie czy moja opinia za parę miesięcy się nie zmieni? Płyta jest tak tajemnicza jak sam Manson, więc jej odbieranie też musi przebiegać fazami, aby odkryć każdą jej warstwę.