fallout-boy-american-beauty-american-psycho-2014-billboard-400x400

Recenzja: Fall Out Boy – American Beauty/ American Psycho

Fall Out Boy nie próżnują! Najpierw straszyli fanów, że definitywnie kończą działalność, po czym z impetem powrócili na scenę muzyczną w 2013 roku z albumem o przewrotnej nazwie „Save Rock and Roll”. Wkrótce ruszyli także w trasę koncertową zahaczając po drodze o Polskę – zagrali na Stadionie Wrocław jako goście specjalni przed Linkin Park. Nie pozwolili sobie na chwilę wytchnienia i już w styczniu tego roku do naszych rąk trafiła kolejna płyta FoB. Co więcej – pomimo tego, że oficjalna premiera krążka została zapowiedziana na 20 stycznia, już tydzień wcześniej cały album został udostępniony na YouTube.

Wielu fanów Fall out Boy można podzielić na dwie kategorie: na tych dla których zespół skończył się po ostatnim mocniej rockowym albumie „Infinity on High” i tych, którzy odkryli grupę dopiero po ich reaktywacji w 2013. Ja staram się rozpatrywać twórczość zespołu dzieląc ją na dwa odrębne etapy: rockowo-punkowy i popowo-rockowy (z naciskiem na pop). Pomimo tego iż rockowe klimaty są bliższe memu sercu, trzy ostatnie płyty również zostały przeze mnie zauważone (płytę „Folie à Deux” z 2008 również pozwolę sobie zaliczyć do tych bardziej popowych).  W moim pozytywnym odbiorze nowszej twórczości FoB jest duża zasługa wrocławskiego koncertu. Zespół zaprezentował  na nim  utwory z krążka z 2013, które na żywo rozbrzmiały ze zdwojoną energią udowadniając także wysoką formę w jakiej znajduje się zespół, którą widać także w  zmianie wyglądu wokalisty (Patrick Stump schudł, wyprzystojniał, a kaszkiet zastąpił gustownym kapeluszem :-D ).

Tytuł najnowszego albumu “American Beauty/American Psycho” jest hołdem jaki zespół oddaje amerykańskiej kinematografii i dwóm świetnym, oscarowym filmom. Tytułowy singiel jest równie przebojowy co jego nazwa. Skoczna melodia wywołuje syndrom niekontrolowanie pląsającej nogi, co jak dla mnie jest niezastąpionym wyznacznikiem dobrej piosenki.

Pierwszym utworem jaki grupa zaprezentowała światu było „Centuries”. Kawałek szybko stał się hitem dzięki chwytliwemu samplowi zapożyczonemu z hitu Suzanne Vegi „Tom’s Diner” oraz rapowym  wstawkom w wykonaniu Patricka Stumpa. Z pewnością nie jest utworem obok którego można przejść obojętnie.

Dla mnie przebojem numer jeden jest „Uma Thurman” – nawiązujący do słynnego „Pulp Fiction”. Gitarowy riff delikatnie czerpie z „Miserlou” Dicka Dale, co – biorąc pod uwagę inspirację filmem Quentina Tarantio – było genialnym zabiegiem.

Fall Out Boy, podobnie jak 30 Seconds to Mars –  nie szczędzą na chórkach. Możemy je usłyszeć m.in. w  Irresistible oraz Favorite Record. Skojarzenie z 30STM nie było przypadkowe – oba zespoły mogą się pochwalić świetnymi wokalistami i perkusistami, a do tego grają w zbliżonym, popowo-rockowym stylu.

Piosenką, która również zwróciła moją uwagę jest „Novocaine”, która przypomina „The Phoenix” z poprzedniej płyty. Jest to najmocniejszy kawałek z całego albumu, który ma niesamowity, koncertowy potencjał. Również na nim pojawiają się chórki, ale to mocna perkusja zwraca największą uwagę. Pozytywnie odbieram także „Immortals” z oryginalną orientalną przygrywką.  Utwór został użyty w nominowanej do Oscara kreskówce Disney’a „Big hero 6”, w związku z czym na pewno nie zginie wśród innych hitów zespołu  ;-).

Niestety pomimo wielu zalet, na nowym krążku znajduje się również kilka gorszych kompozycji. Mówiąc krótko – Fall Out Boy nie szczędziło na poprzednim oraz najnowszym albumie na muzycznym efekciarstwie i zbędnej elektronice. Czasem mniej oznacza więcej o czym zespół chwilami zapominał. Mimo to uważam, że warto poświęcić godzinę na przesłuchanie  “American Beauty/American Psycho” i wyrobienie własnej opinii na temat tego krążka. Dla mnie, rockowego wyjadacza, większość utworów jest małym, popowym „guilty pleasure”, do których z chęcią będę powracać.