Muzyczne podsumowanie roku 2014

Nessa: Rok 2014 wydawał mi się muzycznie słabszy niż 2013, ale na szczęście zostałam uratowana przez okres jesienno-zimowy. Obecnie nie mogę powiedzieć, że jestem nim zawiedziona. Niektóre zespoły odkryłam na nowo, innych artystów wreszcie udało mi się rozgryźć i zaliczyłam też parę odkryć muzycznych, które będę usilnie śledzić.

Roksa: Dla mnie 2014 jest rokiem totalnego regresu muzycznego. Podczas gdy w poprzednich latach niemal co miesiąc wydawana była płyta, którą mogłam określić mianem majstersztyku, w tym roku z trudem było mi się doszukać choćby jednego bezbłędnego albumu. Nie twierdzę, że w 2014 nagrywana była tylko zła muzyka – po prostu artyści sami sobie zawiesili bardzo wysoko poprzeczkę, którą obecnie ciężko im przeskoczyć. Dlatego też namówiłam Nessę by nie tworzyć żadnej „Topki” najlepszych płyt, a raczej skupić się na takich, na które po prostu warto zwrócić uwagę.

  • Sonic Higways by Foo Fighters

Nessa: Kto czyta nasze wpisy od jakiegoś czasu zapewne domyślił się, że w podsumowaniu roku 2014 nie może zabraknąć tej płyty. Zdążyłam już własnoręcznie wynieść ją na piedestał w recenzji. Od tego czasu przeczytałam parę innych, które podobnie jak ja uważają, że całościowo płyta jest bardzo dobra, ale w przeciwieństwie do mnie, większość recenzentów narzekała na brak muzycznej bomby, jednej piosenki, która wzniosłaby się ponad inne. Ja od początku byłam przeciwna takiemu myśleniu, bo płyty słuchałam na raz od pierwszej do ósmej piosenki. Od tego czasu zdążyłam też oglądnąć serial Dave’a Grohl’a ilustrujący tworzenie tego albumu. Osiem utworów w ośmiu miastach tętniących muzyką, ale każde z inną historią. Dla osób, które dalej nie do końca mogą zrozumieć ten album, całym sercem polecam ten serial, bo już po pierwszym odcinku zaczęłam na tą płytę patrzeć w inny sposób. Nie dość, że mamy szanse przypomnieć sobie świetnych artystów bluesowych, jazzowych, country, punk rockowych, to na dodatek zapoznać bliżej z historią członków zespołu Foo Fighters oraz zauroczyć miastem. Ostatecznie przysporzyło mi to też problemu, bo teraz chcę zwiedzić tych osiem miast i każde studio, w którym mieli okazje być muzycy Foof.

Roksa: Jedna z tych „dobrych” ale nie świetnych płyt – budzi we mnie bardzo mieszane uczucia. Gdyby nagrał ją ktokolwiek inny zapewne byłabym tym krążkiem zachwycona, ale świadomość, że jest ona dziełem ekipy Grohla sprawia, że nie mogę się pozbyć potrzeby porównywania jej do wcześniejszej twórczości zespołu… I tak właśnie „Sonic Highways” wypada blado przy Wasting Light czy Echoes, Silence, Patience & Grace. Płytę słucha się niemal jednym tchem, jednak po pierwszym odtworzeniu żaden kawałek nie zwrócił mojej szczególnej uwagi. Dopiero po jakimś czasie przyłapałam się na nuceniu „Something From Nothing” oraz „The Feast and The Femine”. Foo Fighters zadbało o stworzenie wokół ósmego albumu całej otoczki związanej z jego produkcją, której wisienką na torcie stał się serial w reżyserii Dave Grohla. Dzięki temu stał „Sonic Highways” stało się bardziej muzyczną ciekawostką przy której nie wolno przechodzić obojętnie, niż albumem z ośmioma kawałkami.

  • Wanted On Voyage by George Ezra

N: Odkrycie przełomu 2013/2014 roku. Z mojej strony wszystko zaczęło się od „Did You Hear The Rain?” zasłyszane w radiu parę razy. Wywołało to u mnie realcje w stylu „Wow, facet ma świetny, niespotykany głos! Piosenka też wpada w ucho”. Po czym okazało się, że ten facet jest ode mnie młodszy o 2 lata. Tu już poszło z grubej rury, bo jak 20-latek ma naturalnie głos niczym 65- letni Bruce Springsteen to nie można koło niego przejść obojętnie. Zaraz potem zauroczyłam się całą EPką z lekkim „Cassy O’” i znanym już powszechnie singlem „Budapest” na czele. Jest to debiutancka płyta George’a i uważam, że jak najbardziej spisał się na medal. Można tu wyczuć pomieszanie styli takich jak folk, rock, blues, a ja osobiście czuję jeszcze nutkę country, co z głosem Ezry miesza się fenomenalnie. Obowiązkowa płyta do odsłuchania! Nie raz i nie dwa razy! A George na pewno pozostanie pod moją ścisłą obserwacją;)

Roksa: Mój tegoroczny numer jeden. Georga poznałam dzięki Nessie i chwała jej za to. Charakterystyczny, dojrzały głos cudownie komponujący się z prostymi melodiami – tak w skrócie można scharakteryzować twórczość tego młodego Brytyjczyka. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów brytyjskiego akcentu!

  • X by Ed Sheeran

N: Ed Sheeran musiał wydać drugą płytę, żeby wliczyć się w moją kategorię odkryć. Po pierwszej zadawałam sobie pytanie czemu tyle osób tak się zachwyca tym rudym, roztrzepanym chłopakiem w bluzie? Przesłuchałam pierwszą płytę, pokochałam „The A Team” i „Lego House”, ale dalej nie rozumiałam tego zamieszania. Dopiero parę miesięcy temu spłynęło na mnie oświecenie, kiedy usłyszałam jak zagrał na scenie znanego, muzycznego programu jedną ze swoich nowych piosenek akustycznie. Tylko Ed w zwykłej bluzie i gitara. Brzmi jak przepis na gwiazdę? W jego przypadku tak. Zaczęłam kopać, odsłuchałam nową płytę i wreszcie załapałam. Płyta jest fenomelna i widać, że Sheeran nie boi się nowych wyzwań, co pokazał w brawurowych utworach „Sing” i „Don’t”. Oprócz nich takimi rodzynkami na tej płycie są jeszcze fenomenalne „I See Fire” stworzone do drugiej części Hobbita i „Thinking Out Loud”, które sam Sheeran uważa za swoją najlepszą piosenkę. Pop, R&B, soul, hip-hop i dużo wersji akustycznych. Każdy w tej płycie znajdzie coś dla siebie, a cała brzmi świetnie.

Roksa: Gdy ktoś wspomina o Edzie Sheeranie nie mogę pozbyć się grymasu niechęci na twarzy i niczym wampir uciekający od światła, ja staram się uniknąć konfrontacji z jego fanami – których jest niemało. Dla mnie jego fenomen wciąż jest nieodgadnioną tajemnicą. Muzyka Sheerana jak dla mnie niczym się nie wyróżnia – jest po prostu jednym z wielu brytyjskich, utalentowanych chłopców z gitarą.

  • Hozier by Hozier

N: Nie mogłam się doczekać, żeby o nim napisać! Hozier, moje wielkie odkrycie drugiej połowy tego roku. Zaczęło się od „Take Me To Church”, którą obecnie już znam na pamięć. Stwierdziłam, że jak tam świetnie śpiewa jedną piosenkę to co z całą płytą? I nie zawiodłam się. Przy każdym kolejnym utworze, mój zachwyt się zwiększał. Płyta jest fenomenalna. Co z tymi muzykami będzie dalej jak już w wieku 20 paru lat wydają tak świetne, debiutanckie płyty? Hozier należy do kategorii „MUST HEAR” tego roku, więc nie omijajcie go na swoich muzycznych playlistach! Soul, blues, indie rock i nie tylko. Mnie osobiście najbardziej zachwyca aura jaką tworzy głos w tym albumie. Czy tylko ja czuję się trochę jak w kościele? I nie chodzi mi tu o ciągnące się „Amen” w singlu, ale atmosfera jaką wytwarza ten irlandzki artysta od razu przywodzi mi na myśl utwory śpiewane w świątyniach. Nie da się tego odtworzyć nie będąc Hozierem. Oprócz powszechnie znanego singla, na najawiększe oklaski na tym krążku zasłużyły też utwory „Jack And Wilson”, „Angel Of Small Death & The Codeine Scene”, „Someone New”, „To Be Alone”, „From Eden”… Ok, kogo ja oszukuję? Zaraz wymienię wszystkie utwory znajdujące się na tej płycie. Mocno trzymam kciuki, żeby „Take Me To Church” dostało Grammy jako najlepsza piosenka tego roku.

Roksa: Khhh, kolejny chłopiec z gitarą.

  • Game Day by The Baseballs

N: Lekka zmiana stylu, ale komu nie trzeba czasami rock’n'rolla w życiu? A nikt się na tym lepiej obecnie nie zna niż The Baseballs. Chłopcy postanowili w tym roku nieco zaryzykować, bo od pary lat są powszechnie znani jako świetny cover band zmieniający popowe hity na styl rockabilly oraz rock’n'roll. W 2014 postanowili rzucić się na głęboką wodę i wydać własne utwory utrzymanie w tym stylu. Od „Let It Go” po „What You Want” nie można znaleźć tu gorszego utworu. Mnie osobiście nogi najbardziej rwą się do tańca przy „Goodbye Peggy Sue” i „Let It Go”. Natomiast w „My Babe Left Me For A DJ” tylko ja robię z nimi te chórki w refrenie? ;) No i dodatkowo cover „Royals” Lordi. Osobiście bardziej mnie porwał niż oryginał. Jedyny minus to „On My Way”, które jest naprawdę świetną piosenką, ale początek długo mnie męczył, bo kojarzył mi się z innym utworem. Jest praktycznie skopiowany z „Story Of My Life” One Direction. Rysa nie do zatarcia na tej płycie. Jednak sądzę, że można to im wybaczyć, bo styl płyty, ich głosy (brzmią tak na żywo!) i potwierdzenie formy własną płytą wyszło im bardzo dobrze.

R: Hahaha, zabawne jest to, że dla mnie właśnie „On My Way” jest utworem, który na stałe zagościł na mojej playliście – i to właśnie przez to gitarowe intro. Faktycznie słychać jest inspirację utworem brytyjskiego boysbandu, jednak nie jest ona na tyle rażąca by osądzać The Baseballs o plagiat. „Game Day” jest płytą, na która bardzo długo czekałam. Nareszcie potencjał zespołu został wykorzystany i udało im się pokazać, że ich autorskie kawałki są równie dobre co covery dzięki którym stali się sławni.

  • Ruby Dress Skinny Dog by Curly Heads

N: Zmieniamy podwórko na polską scenę muzyczną. Pięciu młodych chłopaków, którym jeszcze parę lat temu jury w znanym programie muzycznym przepowiadało szybki rozpad. Trochę doświadczenia później są z debiutancką płytą tuż po również debiutanckiej płycie ich wokalisty, Dawida Podsiadło. Jego krążek mnie nie porwał, więc wielkie było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam w radiu „Reconcile” i przeczytałam w intrenecie kto jest wokalistą. Bardzo cieszę się, że w kwestiach muzycznych jestem spontaniczna i od razu kupiłam bilety na ich koncert, kiedy zauważyłam, że są u nas. Dopiero potem zaczęłam się wsłuchiwać w płytę, która na pewno zalicza się do bardzo ciekawych albumów tego roku, ale nie była to miłość od pierwszego przesłuchania. Mój świat obrócił się o 180 stopni po usłyszeniu jej na żywo. Wiosek taki: jeśli ta płyta nie do końca odpowiada Twoim gustom, czym prędzej idź na koncert! W kółko mogę słuchać „Ruby Dress Skinny Dog”, „Diadre” (ten fenonenalny początek na perkusji!), „HouseCall”, „Noadvice”. Krążek jest określany jako rock alternatywny, ale chłopcy tworzą tu brzmienie jakiego na polskiej scenie muzycznej jeszcze nie słyszałam, więc warto wspierać ich w tym co robią. Podsumowanie: Nie słuchaj innych i rób to co kochasz!

R: Dla mnie również informacja o tym, że „Ruby Dress Skinny Dog” jest płytą Dawida Podsiadło była niemałym zaskoczeniem. Sądziłam, że autorem słyszanego co chwilę w radiu hitu „Reconcile” musi być jakiś nowy, zapewne brytyjski, zespół. Bardzo „zachodnie” brzmienie i interesujący głos wokalisty jest jak dla mnie prostym przepisem na sukces Curly Heads. Ich płyta ma kilka niedociągnięć, ale jak na pierwszy krok w muzycznym światku robi niezapomniane wrażenie. Oprócz wspomnianych wcześniej przez Nessę hitów pragnę dodać również kawałek „Love Again” – tyle dobroci na jednej płycie sprawiło, że „Ruby Dress Skinny Dog” stało się jedną z najchętniej słuchanych przeze mnie tegorocznych płyt.

  • Lazaretto by Jack White

R: Fanką Białego jestem nie od dziś stąd moja ocena może być nie tak bardzo obiektywna jak dotychczasowe. Pierwsza jego solowa płyta była dla mnie objawieniem – „Blunderbuss” powaliło mnie na kolana i sprawiło, że moje serce zabiło mocniej dla blusowo – rockowego brzmienia. W związku z tym z niecierpliwością czekałam na kolejny album. Tegoroczna płyta Jacka jest jego szalonym eksperymentem muzycznym, w którym spotyka się country, folk, rap oraz rock. Połączenie surowych dźwięków gitary z delikatnością skrzypiec i magnetyzmem syntezatora. Szaleństwo nad którym Jackowi udało się zapanować. Na płycie znajdziemy takie perełki jak poruszające „Would You Fight For My Love?”, przewrotne „Lazaretto” lub skoczne „Just One Drink”. Jednak w przeciwieństwie do wcześniejszego albumu nie wszystkie kawałki stały się moją miłością „od pierwszego usłyszenia”. Gdy do sieci trafił pierwszy singiel „High Ball Stepper” promujący Lazaretto poczułam spore rozczarowanie. Wokal Jacka został zastąpiony piskami i nawet bezbłędna gitara nie była w stanie złagodzić mojego zawodu. Właściwie utwór wybronił się dopiero na lipcowym Openerze, jako intro koncertu wynucone wraz z Jackiem przez kilkunastotysięczny tłum. Z kolei „Alone In My Home” doceniłam dopiero po obejrzeniu nagrania z show „Ellen Degeners”. „Lazaretto” jest na pewno jednym z najciekawszych tegorocznych wydawnictw. Czy najlepszym? Pozostawiam to Waszej ocenie.

N: Jak Roksa ucieka od konfrontacji z fanami Eda Sheerana, tak ja uciekam od fanów Jacka White’a. Co dla każdej z nas jest nieco trudne, bo ja od niedawna próbuję ją nawrócić na Eda (i Hoziera jak się okazało…), ona mnie od lat na Jacka. Naprawdę się starałam, bo przesłuchałam płytę i NAWET pojechałam na koncert mając nadzieję, że zauroczę się nią na żywo. Niestety dużo z tego krążka tam nie usłyszałam. Nie przeczę, że „Would You Fight For My Love?” potrafi wejść do głowy, a „Alone In My Home” brzmi tak swojsko, że aż chce się przy niej potuptać. Jednak specyficzny styl śpiewania White’a mnie nie porywa, tak samo jak ta płyta i przestałam się już oszukiwać, że to może się zmienić.

  • The Hunting Party by Linkin Park

R: Dla wielu osób Linkin Park skończyło się na Meteorze. W porywach – na Minutes to Midnight. Nawet gdy skończyłam gimnazjum LP przez długi czas pozostawał moim zespołem nr 1, a każdy ich kawałek chłonęłam niczym gąbka. Niestety – przedłużający się romans Mike’a Shinody z elektroniką, strącił ich z mojego muzycznego piedestału. Dopiero w 2014 roku, płytą „The Hunting Party”, Linkin Park zdecydował się powrócić do muzycznych korzeni . Utwory takie jak „Until It’s Gone” oraz „Guilty All The Same” są świetnym dowodem, na to, że Chester Bennington jest w najwyższej formie. Natomiast „Wastelands” przypomina mi nu-metalowe hity z pierwszych płyt. Ten album to kawał dobrej muzyki chociaż nadal nie jest to TEN Linkin Park, w którym zasłuchiwałam się będąc nastolatką…

N: Po usłyszeniu pierwszego singla „Guilty All The Same” przepadłam. Ogarnęła mnie radość, że Linkin Park wreszcie przestało szukać w elektronice i innych badziewiach, a wróciło do korzeni. Możemy tu nacieszyć uszy bardzo dobrą płytą, która momentami podchodzi pod ostrą, ale jest przeze mnie ostatecznie uważana za wyważoną. „Wastelands” stało się moim numerem 1 na tej płycie. Zwrotki wyśpiewane przez Mike’a i fenomenalny głos Chestera, a całość ze świetną gitarą w tle. Czuję sie jakbym znowu miała 12 lat i wsłuchiwała się w ich płytę po podebraniu jej straszemu bratu. Niestety po koncercie widzę, że Mike’a dalej ciągnie do eksperymentów, co trochę mnie martwi, bo zupełnie nie kręcą mnie remiksy i tego typu sprawy. Jedyce co nam zostaje, to wiara, że raz na jakiś czas wydadzą krążek godny polecenia, jak „The Hunting Party”.

  • Turn Blue by The Black Keys

R: The Black Keys nie jest zespołem, którego muzyki słucham od niepamiętnych czasów. Właściwie poznałam ich stosunkowo niedawno, a spodobali mi się dzięki prostym, nieco bluesowym dźwiękom oraz podobieństwu do The White Stripes. „Turn Blue” jest jedną z tych płyt, które „trzymają poziom”. Bardzo przypomina wcześniejsze dokonania grupy i obok kilku naprawdę świetnych hitów, takich jak „Fever”, „Weight of Love” czy „Gotta Get Away” znajdziemy na niej także parę słabszych utworów. Nie jest to jednak płyta, przy której można przejść obojętnie. Dowodem na to są chociażby wysokie miejsca przyznawane muzykom w zagranicznych rankingach albumów oraz wyróżnienie jakim jest nominacja do prestiżowej nagrody Grammy.

N: Płyta uważana przez wielu za bardzo dobrą i mająca szansę na Grammy… Mówiąc szczerze do dzisiaj się z nią dokładnie nie zaponałam. Może ma tu coś na rzeczy silne porównanie zespołu do twórczości Jacka White’a? „Fever” znam jak wszyscy z radia i na pewno daje radę. „Gotta Get Away” wydaje się równie swojskie jak „Alone In My Home” Jacka White’a. Z pozostałą częścią potrzebuje jednak więcej czasu, żeby się przemóc i ostatecznie określić.

  • Education, Education, Education & War by Kaiser Chiefs

R: Tegorocznym albumem Kaiser Chiefs udowodnili ostatnim niedowiarkom, że nie są zespołem jednego hitu. „Education, Education, Education & War” to płyta, która słucha się z przyjemnością i którą warto mieć na swojej półce.

N: Zwróciłam uwagę na tą płytę dzięki lecącemu w radiu singlowi „Coming Home”. Jak już posłuchasz go raz to przykleja się niczym krówka mordoklejka. I tak też jest z tą płytą. „My Life”, czy moje ulubione „Meanwhile Up In Heaven” to utwory, które już nie opuszczą playlisty jak raz tam osiądą. Pozostała część jest wciąż na bardzo dobrym poziomie i na pewno jest warta zapoznania. Jak się okazuje nie trzeba mieć powalającego głosu, żeby wydać świetną płytę, co udowodnił tu Ricky Wilson. Tak jak Roksa napisała, zespół udowodnił wszystkim tym krążkiem, że nie skończyli swojej pracy na „Ruby” jak większości mogło się wydawać do tej pory. Przy tej płycie przemianę przeszedł nie tylko wokalista, ale również cała grupa. Bardzo mnie cieszy, że mimo krążących plotek, Kaiser Chiefs zamiast ogłosić rozpad zespołu, nagrali płytę, która na pewno pozostanie silnym punktem muzycznym mijającego roku.