acdc-rock-or-bust-artwork

Recenzja: AC / DC – Rock Or Bust – Pioruny rażą po raz szesnasty!

Stało się! Grom z jasnego nieba uderzył 2.12 i namieszał na szczytach list przebojów w ponad 30 krajach. W Polsce, w ciągu zaledwie dwóch dni „Rock or Bust”, najnowszy krążek AC/DC, pokrył się platyną, a podekscytowani fani wyglądają kolejnego koncertu tej australijskiej grupy.

AC/DC to stare wygi. Swój debiutancki album wydali niemal 40 lat temu i od tej pory nieprzerwanie hulają na światowej scenie muzycznej. Nie poddają się żadnym muzycznym modom, a mimo to ich krążki cieszą się nieprzerwaną od lat ’80 popularnością. Wkładając do odtwarzacza ich kolejną płytę można być pewnym, że zafundowaliśmy sobie kilkadziesiąt minut rockowo-bluesowo – metalowego brzmienia przeplatanego charakterystycznym wokalem Briana Johnsona oraz elektryzującymi solówkami Angusa Younga.

Na kolejną płytę „Pioruny” kazały nam czekać aż 6 lat! Jak wiadomo – oczekiwanie podsyca apetyt, w związku z czym każda nowinka dotycząca kolejnego krążka rozpalała fanów do czerwoności. Niestety informacje pojawiające się w mediach były raczej niepokojące niż pokrzepiające… „Rock or Bust” jest pierwszą płytą nagraną bez Malcolma Younga, który z powodu pogarszającego się stanu zdrowia został zmuszony do zawieszenia kariery.  Jego miejsce, nie po raz pierwszy, zastąpił bratanek – Stevie Young.  Po zażegnaniu pierwszego kryzysu pojawił się kolejny –Phil Rudd narozrabiał bardziej niż zwykle i tym razem jego narkotykowy eksces prawdopodobnie nie ujdzie na sucho. AC/ DC będzie potrzebować nowego perkusisty… po raz kolejny.

Zaprezentowane jednak  już w październiku i listopadzie single oraz grudniowy krążek dały nam jasny komunikat – AC/DC  jest niezłomne i ma się bardzo dobrze!

Trójwymiarowa okładka robi niesamowite wrażenie ;)

Już dwa pierwsze utwory na płycie przywołują na myśl najlepsze dokonania zespołu. Zarówno „Play Ball” jak i „Rock or Bust” czerpią garściami z takich hitów sprzed lat jak „Highway to Hell” bądź „T.N.T.”. Z kolei w „Miss Adventure” chórki oraz perkusja od razu skojarzyły mi się z  „Thunderstuck” – utworem z mojej ulubionej płyty (ekm,, kasety) „The Razors Edge”. Refren „Dogs of War” już zdążył mi się zagnieździć w głowie niczym muzyczny bakcyl,  natomiast „Baptism By Fire” to potężny zastrzyk pozytywnej energii, którą mam nadzieję poczuć podczas koncertu na żywo. Pozwolę sobie również określić ten utwór jednym z najlepszych na krążku obok tytułowego „Rock or Bust”. Moją uwagę przykuwają także gitarowe solówki w „Hard Times” oraz „Sweet Candy”.

Płyta jest zaskakująco krótka , znajduje się na niej 11 utworów, które łącznie trwają ok. 35 minut. Całość wydaje się być  bardzo spójna i starannie skomponowana – nie ma tu muzycznych zapychaczy odstających od reszty utworów, których nie brakowało zarówno na „Black Ice” oraz „Stiff Upper Lip”.

Pomimo braku Malcolma Younga „Pioruny” serwują nam swoje klasyczne brzmienie w najczystszej postaci. Fani starszych krążków nie powinni czuć się rozczarowani. AC/DC można wybaczyć brak powiewu świeżości w muzyce – są muzyczną ikoną i nie musza nikomu nic udowadniać: „In rock we trust. It’s rock or bust” …