Relacja: The Baseballs- Eter- Rock’n'Roll is still alive!

Roksa: W deszczowy, wtorkowy wieczór wrocławskie tramwaje wypełnione były po brzegi kibicami polskiej reprezentacji zmierzających w kierunku wrocławskiego stadionu. Wśród nich stałam ja – pozbawiona czerwono-białych akcentów dziewczyna z bandamką na głowie i makijażem w stylu pin-up. W końcu trzeba było się wystroić na występ przystojnych chłopaków z The Baseballs, którzy stali się rozpoznawalni dzięki coverom znanych popowych hitów na styl czystego rock ‘n’ rolla znanego z lat ’60

Nessa: The Baseballs poznałam od piosenki „Hot’n'Cold” Katy Perry, którą zachwycam się po dziś dzień. Utwór w wersji oryginalnej jest chwytliwy, ale chłopcy zrobili z tego istny szał. Nogi same rwą mi się do tańca (i dlatego nie mogę słuchać tego zespołu w tramwaju, bo wczoraj w drodzę na koncert ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Hamowałam się!). Miałam okazję oglądnąć parę ich występów na YouTubie i tylko wyczekiwałam aż pojawią się w naszym pięknym kraju.
Jak się okazało klub, w którym występowali był dość mały. Na pewno mniejszy niż warszawska Stodoła, gdzie grali dzień wcześniej. Jednak to wcale nie znaczy, że było gorzej. Klimat był fenomenalny i na moje szczęście spokojnie mogłam zająć dobre miejsce przy barierkach. I w końcu po chwili oczekiwania zaczęło się! Pierwszą część piosenki „Let It Go” zaśpiewali za płachtą (podobny pomysł jak na początku koncertu OneRepublic w tym roku), a jak opadła do miałam w głowie tylko watę, żadnej spójnej myśli. Byli dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dodatkowo dało się zauważyć, że chłopcy byli trochę zaskoczeni czerwono-białymi kartkami, którymi machaliśmy nad głowami. Mam nadzieję, że akcja się udała i z ich perspektywy zobaczyli polską flagę, bo ja widziałam samą czerwień naookoło;) Wniosek na dziś- koncerty w małych klubach to jednak duże plusy ;)

DSC_0380

R: Zanim rozpoczął się koncert zdążyłam się nasłuchać od stojących wraz z nami w tłumie ludzi o wadach lokalu, w którym odbywał się koncert. Ponoć nieraz zdarzały się w nim awarie utrudniające wykonawcom występ. Na szczęście koncert zespołu The Baseballs, odbył się bez większych przeszkód(zawiódł mikrofon jednego z chłopaków, ale szybko i sprawnie udało się go zastąpić nowym i Basti szybko powrócił do akcji )

N: Chwilę potem chłopcy uraczyli nas jeszcze paroma autorskimi utworami jak „Mo Hotta Mo Betta” czy „Goodbye Peggy Sue”. Muszę przyznać, że przy pierwszej piosence patrzyłam na nich trochę podejrzliwie, bo aż wierzyć mi się nie chciało, że na żywo śpiewają identycznie jak na nagraniach. Na szczęście po małych problemach z mikrofonem Bastiego wszystko było jasne.

R: To był mój pierwszy szok – grają IDENTYCZNIE jak na płytach. Każda nuta zgadzała się z tym co mamy okazję usłyszeć na ich albumach. Szacuneczek!

N: Utalentowane bestie! Do tego całkiem przystojne;) I wiedzieli jak to wykorzystać! Nie dość, że stylizują się na rock’n'roll to jeszcze zachowują się jak urodzeni rock’n'rollowcy na scenie. Przy „Crazy In Love”, które już zdążyło rozgrzać tłum do czerwoności, Basti w pewnym momencie ruszył w naszą stronę i zaczął swoją część śpiewać do dziewczyny, która znajdowała się obok mnie. Ach, taki mój ból i bulwers do Roks, że chwilę wcześniej ją wpuściła przed siebie. Nie dość, że dostała swój kawałek piosenki to jeszcze ręcznik! Sądzę, że już zdążyła sobie w domu stworzyć ołtarzyk :D

R: Mam zbyt miękkie serce. Jako osoba bardzo wysoka zawsze przepuszczam przed siebie niższych ludzi (dlatego Nessa lubi ze mną jeździć na koncerty, bo nigdy się przed nią nie wpycham), ale zazdrość o romantyczną piosenkę wyśpiewaną do niewiasty, która wdarła się na moje miejsce, rozbudziła we mnie wszystko co najgorsze :P Zazdrość, zazdrość i jeszcze raz zazdrość – bo która z dziewczyn obecnych w tym dniu na sali w Eterze nie chciałaby się znaleźć na jej miejscu? :D

N: Sama nie wiem czym bardziej się zachwycała- ich oryginalnymi utworami ( mieliśmy okazje usłyszeć prawie całą najnowszą płytę), czy coverami. Z tych drugich mogliśmy posłuchać jeszcze poruszające „Chasing Cars” , wspaniałe „Royals”(które sprawiło, że zaczęłam o wiele bardziej lubić tę piosenkę), energetyczne „Born This Way” i „Bad”, śliczne „Angels” oraz oczywiście wszystkim znane „Umbrella”.

DSC_0382

R: Ja nie mam takich dylematów jak Nessa. Jak dla mnie oryginalne kawałki były po prostu świetne. Wiem, że chłopcy zdobyli popularność dzięki coverom, ale to autorskie utwory są tym „co im w sercu gra”. Piosenka „On my way” zaśpiewana po obłędnym perkusyjnym jam session w wykonaniu Tomas’a Svensson’a, była totalnym strzałem w 10 jeśli chodzi o mój gust muzyczny. Byle więcej takich utworów!

N: Dodatkowo strasznie podobały mi się naturalne gatki między chłopakami i ich żarciki, które sprawiały, że nie czuło się dystansu pomiędzy nimi a nami. Fenomenalne było też wykonanie „What You Want” na ukulele, które mnie zachwyciło. I pomógł im w tym cały zespół, który nawiasem mówiąc mają świetny!

DSC_0389

R: Tutaj pojawia się zasadnicza różnica zdań pomiędzy mną a Nessą. Zgodzę się z tym, że chłopcy mieli świetny kontakt z publiką (na pewno spory wpływ na to miała wielkość klubu), nie szczędzili żarcików, anegdotek i zabawnych sytuacji – istni showmani! Wiem również jak wiele osób uwielbia tego typu kontakt z artystą, ale ja nie należę do tej grupy. Dla mnie przegadane koncerty są nieco męczące, ponieważ z niecierpliwością czekam na kolejną piosenkę, tymczasem serwowany jest mi kolejny żarcik związany z trudnością wypowiadania słowa „Wrocław”. Proszę nie brać tego do serca – jest to oczywiście moja całkowicie subiektywna ocena, wynikająca z własnych upodobań koncertowych

N: Oj tam. Za dużo się ostatnio Jack’a White’a nasłuchałaś, Roks :D
Pojawiło się też paru farciarzy. Wspomniana już dziewczyna, która dostała ręcznik od Bastiego, inna, która dostała taki od Sama oraz chłopak, który robił chórki z „Bad” i za to dostał chyba aż z 4 piwa od Diggera;) No i nieśmiało uważam się za jedną z tego zacnego grona, bo Sam zaśpiewał część „I’m Yours” patrząc na mnie (albo mi się wydawało… ale wolę się jednak łudzić :D). No… Teraz mogę po elvisowsku mdleć…

DSC_0395

Ach, trzeba jeszcze wspomnieć o układach tanecznych! Momentami czułam się jakbym była w latach 70-tych. Fenomenalni! Szczególnie w oczy rzucał się Sam, który potrafił zejść naprawdę nisko swoim tanecznym ruchem (if you know what i mean :D).

R: Z mojej strony – ukłony w kierunku doboru muzyków. Oprócz wspominanego przeze mnie genialnego perkusisty, na sporą uwagę zasługuje również klawiszowiec, Jan Miserre! Wspaniałe było również to, że pomimo popularności Sam, Basti oraz Digger nie przyćmiewali swoim występem pozostałych artystów, a wręcz starali się ich promować pozwalając na długie solówki i „ustępując im miejsca” schodząc na kilka chwil ze sceny.

N: Mimo, że był koniec tygodnia to z Roks postanowiłyśmy poczekać trochę na chłopaków po koncercie, bo słyszałyśmy, że mają się pojawić. Jakiś dziwnym trafem to my byłyśmy pierwsze w kolejce i oczywiście stało się wszystko co najgorsze: zapomniełyśmy języka w gębie, zaciął się aparat w komórce (przez co blokowałyśmy chwilę kolejkę i za co przepraszamy!), a Roks prawie nadziała się na markera Sama… I to „Take care” od Sama, który patrzył za nami zastanawiając się czy nie zabijemy się idąc po tych schodach… Ale warto było! Jak zwykle! Teraz słucham płyty wzdłuż i wszerz czekając aż przyjadą ponownie!

R: To był jeden z tych najbardziej żenujących momentów w moim życiu, po którym uświadomiłam sobie, że lata nauki angielskiego dla mnie i dla Nessy poszły w las. Co z tego, że w pracy potrafię przez piętnaście minut, po angielsku, wychwalać smak gulaszu wieprzowego używając przy tym dziesięciu synonimów słowa „delicious”, skoro przy spotkaniu z chłopakami byłam w stanie ledwo wykrztusić ciężko zrozumiałe „Fenk ju”? Smutne moje życie.

Na kolejny ich koncert również się szykuję z niecierpliwością. Niestety na wczorajszy przybyłam wyjątkowo zmęczona i żałuję strasznie, że nie miałam siły się wystarczająco naskakać i nacieszyć tym, jakże wspaniałym, wydarzeniem muzycznym…
N: Ja byłam półżywa przed koncertem, chłopcy mnie ożywili w czasie, a dzisiaj leczę porządne zakwasy w rytmie The Baseballs i jak na prawdziwego rock’n'rollowca przystało, wagaruję. Oj, Sam, Basti, Digger, ściągacie na złą drogę!