Recenzja: Foo Fighters- Sonic Highways- Rockowa podróż po USA

Dokładnie tydzień temu nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie dzień. W sklepach pojawił się ósmy już album rockowego zespołu Foo Fighters, który należy do mojej prywatnej topki uwielbianych zespołów. Aby zarówno podsycić zainteresowanie fanów, jak i opanować ich szaleństwo, na oficjalne konto grupy na YouTubie zostały po kolei wrzucane utwory z Sonic Highways. Obecnie wszystkie piosenki są dostępne do przesłuchania, co jest niezłą gratką dla biednych studentów, którzy nie od razu mogą wyłożyć 41,99 zł, a czują się źle ze słuchaniem porządnej muzyki z nie do końca oryginalnego źródła.

3 lata po pojawieniu się Wasting Light doczekaliśmy się bardzo ciekawego wydawnictwa. Oprócz tego, że całe utrzymane jest na niezmiennie wysokim, czysto rockowy poziomie, to zainteresowanie wśród fanów może wywołać sposób nagrywania krążka. Otóż Dave Grohl, wokalista i frontman zespołu, wpadł na szalony pomysł nagrywania każdego utworu w innym mieście, na co nie wpadł jeszcze żaden zespół. Jak powiedział potem Grohl dało im to dodatkowego kopa energetycznego i pozwoliło poznać nowe tereny nie tracąc przy tym swojej oryginalności, którą kierują się od lat. Nagrywali w Austin, Chicago, Los Angeles, Nashville, Nowym Orleanie, Nowym Jorku, Seattle i Waszyngtonie. Natomiast w tworzeniu wspomagali ich inni artyści, tacy jak Kristeen Young, Rick Nielson oraz Joe Walsh. Osiem utworów, każde nagrane w innym mieście (czasem z nawiązującym do niego tekstem piosenki), każde z innym wspomagającym ich artystą… Czy to nie perfekcyjnie szalony pomysł?
W miarę udostępniania przez zespół kolejnych utworów byłam coraz bardziej podniecona oficjalną datą premiery. Wszystko zaczęło się od „Something From Nothing”. Piękny utwór, który mogę słuchać godzinami. Równie zachwyciło mnie „The Feast and The Famine”, które już jest utworem bardziej do poskakania (koncertowo obowiązkowy!), a Dave może z lekkim sercem czynić swoją powinność, czyli drzeć się do mikrofonu. Słuchając tego utworu w tym momencie nogi same rwą mi się do skakania, więc to świadczy bardzo zacnie o tej piosence;)

 

 

„What Did I Do? / God as My Witness” należy do moich ulubieńców z tej płyty. Taka miłość od pierwszego przesłuchania. Świetne jest zwalnianie i przyspieszanie w tej piosence, przez co słuchaczowi może się wydawać jakby słuchał dwóch połączonych utworów, które tworzą bardzo udaną całość. Jak się zakochuje w piosence to ciężko mi się wypowiedzieć z sensem, więc może przemilczę dalszą część mojej fanatycznej paplaniny. Przesłuchanie obowiązkowe! I jeszcze raz! I jeszcze! I tak do usranej śmierci poproszę :D
Każdy utwór w tej piosence tworzy spójną całość. Fenomenalna gitara w „Congregation” czy piękny wstęp do „I’m A River”, który pozwala się położyć wygodnie i wsłuchiwać. W poszczególnych znajdziemy coś czym się różnią, ale wszystkie łączy wypracowany starannie rockowy styl, któremu wierni są członkowie zespołu. I to w nich cenię. Są zespołem, który podąża swoją drogą i nie potrzebuje z niej zbaczać. Oj, coś mi się wydaję, że ciężko się będzie na nich kiedykolwiek zawieść.
Przygotowując dla Was tą recenzję, przyglądam się profesjonalnym rankingom. Muszę przyznać, że oceny jakie się tam pojawiają trochę mnie dziwią. Znane wszystkim Rolling Stone dała temu albumowi 3,5 gwiazdki na 5, ale już The Guardian jedynie 2. Średnio oceny oscylują powyżej połowy. Cóż… Ja jestem tylko szarym słuchaczem muzycznym i mogę powiedzieć czy ta muzyka gra mi w duszy. Oj gra…

 

 

Należę do osób, które nie przepadają za słuchaniem całej płyty jednego artysty. Mało mam takich, które by mnie przy tym nie zaczęły męczyć. Jadą do Krakowa przesłuchałam Sonic Highways dwa razy zanim się zorientowałam, co zrobiłam. I jeszcze miałam niedosyt! Najnowszy krążek to spójna całość, którą warto słuchać całościowo. Ja, jako słuchaczka jestem zachwycona i całkowicie zaspokojona muzycznie.
Foo Fighters już zaczyna trasę promującą nowy krążek. Na razie ogłosili koncerty w paru miastach w USA, ale liczę na wiosenną trasę po Europie i strasznie trzymam kciuki za ich ponowne odwiedziny. W końcu to wstyd, że byli u nas tylko raz, promując swój debiutancki album w Sopocie w 1996 roku. Moim marzeniem jest usłyszeć wszystkie ich hity na żywo i móc zedrzeć gardło wraz z Davem na „Best Of You”, które zawsze wprowadza mnie w stan nieważkości. (Do dziś dziękuję niebiosom, że Grohl „porzucił” perkusję dla śpiewania po Nirvanie) A więc… Chłopcy, czekamy!