141112_JWIII_Krakow_2_0788 (2)

Relacja: Jack White – koncert w Starej Zajezdni – Relacja oczami fanki i początkującego słuchacza.

Roksa: Nigdy wcześniej palce mnie aż tak mocno nie świerzbiły by podzielić się ze wszystkimi wrażeniami po jakimkolwiek koncercie. Mam nadzieję, że ilość skrajnych emocji, które właśnie we mnie buzują – od skrajnej radości, entuzjazmu i wzruszenia po złość  i smutek – nie zniekształcą tego co pragnę Wam przekazać.

Nessa: Mnie już się znudziło jej przekazywanie emocji. I ludziom, którzy obok nas stali w  kolejce przed koncertem też. I ludziom czekającym o 2 w nocy  po koncercie na wyjście Jacka też. O 2 to w sumie zaczęło się już gadanie do samej siebie, czyli weszła na wyższy level szaleństwa :D

R: Wszystko miało swój początek już o godzinie 18, kiedy ustawiłyśmy się w coraz dłuższej kolejce. Co tu dużo mówić – byłam wśród „swoich”. Ludzi, którzy podobnie jak ja mordowali myszkę i klawiaturę by zdobyć bilety w magiczne 3 minuty, a teraz stali zachwyceni samym faktem oddychania tym samym powietrzem co nasz idol.

N: Ach, sama elita. My byliśmy tymi „złotymi trzema minutami”. A tych samych swoich zapoznałyśmy już w kolejce. Przewspaniali ludzie. Wystarczyło stanąć tam 3 godziny przed czasem otwarcia bramek i już! Rozmowy o Jack’u, koncertach, muzyce. Byłyśmy w swoim żywiole. Aż tak, że rozmowy przedłużyły się do układania planu jak zająć najlepsze miejsca, wspólnego biegu do barierek (au, moje żebra… niestety nie wyhamowałam) i zabawy w czasie koncertu, a nawet dzielenia się przeżyciami po. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją i mam nadzieję, że te nasze koncertowe znajomości przetrwają nie tylko do następnych koncertów Jack’a, ale również innych muzyków.

N:Wracając na chwilę do tematu kolejki pragnę jeszcze zwrócić uwagę na niedoinformowane osoby, które ustawiały się w kolejce za nami, a po (kiedy za zewnątrz słyszeliśmy Lazaretto) okazywało się, że są z pierwszego koncertu. I z tego co zdążyłyśmy się dowiedzieć, to była to wina organizacji. Na oficjalnym wydarzeniu na facebooku godziny otwarcia bram pojawiły się dopiero koło południa w dniu koncertu, więc niektórzy mogli nie być w stanie ich sprawdzić i potem tylko mogłyśmy obserwować tego efekty.

R: Koncerty Jacka White są czymś całkiem innym niż przeciętne komercyjne show, którymi lubią nas karmić niektórzy artyści. Jack nie tworzy przedkoncertowych setlist. To co zostanie zagrane na kolejnym występie jest niespodzianką zarówno dla fanów jak i pracującej z nim ekipy.

R: Skromnie ubrany menager Jack’a wkracza pewnym krokiem na scenę i uprzejmie, acz stanowczo prosi wszystkich by schowali telefony do kieszeni i skupili się występie. To wspaniałe, że większość osób faktycznie bierze sobie do serca jego prośbę – małe ekrany telefonów komórkowych nawet przez chwilę nie przysłaniają sceny. Technicy zespołu – brodaci Panowie w melonikach kończą rozkładanie sprzętu, a w sali czuje się elektryzujące wręcz napięcie. Żołądek skręcał mi się z przejęcia za każdym razem gdy na scenę wnoszono kolejny znajomy instrument… perkusję Daru czy słynny hollow body Jacka, na którym gra najbardziej rozpoznawalny dla polskich piłkarzy riff. Oczekiwanie jedynie wzmagało apetyty wszystkich obecnych w sali. Skromny support w wykonaniu dziewcząt z formacji Lucius jedynie umilił nasze oczekiwania i delikatnie popieścił zmysł estetyki.

N: Skromnie ubrany menager? Facet był w garniaku! Ja nie wiem, Roks, jak w takim razie według Ciebie mężczyzna ubiera się elegancko ;p

N: Ale sama prośba rzeczywiście zacna. Często wkurzam się na koncertach, że zamiast patrzeć na scenę własnymi oczami, muszę patrzeć na ekrany komórek przede mną (raz zdarzył się tablet…), a takie nagranie to ja mogę sobie na youtubie oglądnąć w domu.

N: Support był bardzo ciekawym przeżyciem. Nie dość, że posłuchaliśmy muzyki, która skutecznie wkręciła nas w atmosferę późniejszego koncertu to na dodatek image wokalistek bardzo mnie zaintrygował. Obie w identycznych blond fryzurach, krótkich, czerwonych sukienkach i wzorzystych rajstopach. Gdyby komuś jeszcze było za mało to dziewczyny śpiewały, grały na klawiszach i bębnach niemal w tym samym czasie!

N: Brodacze rozkładający sprzęt to rzeczywiście bardzo ciekawy pomysł na zainteresowanie publiczności. Chociaż ja i tak miałam skręt szyi w prawo, bo tam znajdowało się wejście artystów na scenę;)

R: Kilka minut po 22:30 na scenę wkroczyli ONI.  Wychwalany pod niebiosa przez krytyków muzycznych, wybitny bez dwóch zdań perkusista Daru Jones,  Fats Kaplin, Dominic Davis, przeurocza Lillie Mae Richie oraz – nie ukrywam, ze bardzo wyczekiwany przeze mnie tego wieczoru – Dean Fertita, w zastępstwie za zmarłego niedawno klawiszowca Ikeya Owensa. Gdy na scenę wkroczył Jack atmosfera w Starej Zajezdni po prostu eksplodowała. Okrzyki, podskoki, szał, niczym nieskrępowana radość i obłęd. Ja sama poddałam się temu szaleństwu bez reszty. Jack bez zbędnej gadaniny rozpoczął swój występ od kawałka The White Stripes „Dead Leaves and the Dirty Ground”. Utwór wykonywany na koncercie niewiele przypominał ten, który można kojarzyć z albumu „White Blood Cells”. Ostre gitarowe brzmienia sprowokowały powstanie pierwszego małego pogo w centralnej części sali, a ja starałam się zebrać z podłogi szczękę po usłyszeniu solówki w środku utworu. Wykonanie ze Starej Zajezdni ciężko porównać do tego, którym jeszcze kilka miesięcy temu zachwycałam się podczas gdyńskiego Openera. Ledwo ochłonęła po pierwszym muzycznym szoku – nastąpił kolejny. „Black Math” z repertuaru The White Stripes , wbił w posadzkę tych, którzy ostali się po poprzednim kawałku.

N: Ja z mojego punktu widzenia nie odczułam aż takiego szaleństwa, kiedy artyści weszli na scenę, ale muszę powiedzieć, że sama otoczka była przygotowana fenomenalnie. Czułam się momentami jakby cofnęła się do lat 30-tych Nowego Orleanu i zrobiło to na mnie wrażenie. Poza tym rozumiem już zachwyt nad muzykami. Szczególnie perkusista dawał po garach! I ten jego specyficzny sposób trzymania pałeczek!

R: Gdy już zaczęłam liczyć na chwilę ochłonięcia Jack postanowił zaskoczyć wszystkich coverując „Power of my love” Elvisa Presleya. Poczułam się kompletnie zbita z pantałyku i chwilę zajęło mi rozpoznanie granego właśnie utworu, który tak rzadko pojawia się na podawanych po koncertach setlistach Jacka…

R: Przy  „Temporary Ground” nie mogłam się powstrzymać i razem z tłumem zaczęłam wyśpiewywać refren. Zaskoczony Jack na moment odszedł od mikrofonu pozwalając fanom wspomóc swój wokal. Niesamowity uśmiech jaki wykwitł wtedy na jego twarzy jest wręcz niedoopisania!

R: Po „Missing Pieces” White zdecydował się zagrać – moim zdaniem – jeden z najwybitniejszych utworów w jego karierze – „Would You Fight For My Love?”. Elektryzującego wykonania na żywo w najmniejszy sposób nie da się porównać do tego, które znamy z płyt i filmików na youtube. Emocje, które dało się wyczuć w głosie wokalisty, po stokroć rwały mi serce na miliony kawałeczków.  Wzruszenie i zachwyt mieszały się we mnie w sposób, którego nie da się opisać – takie coś trzeba po prostu przeżyć!

N: Przez to, że Roks męczyła mnie tą piosenką od miesięcy poznałam ją już po pierwszych nutach. Oczywiście ona już zaginęła w tłumie i muzyce, więc nawet nie miałam szansy podzielić się z nią tym faktem ;) Ale mówiąc szczerze muszę przyznać, że nie byłam jakąś specjalną fanką tej piosenki, ale na żywo brzmi ona o wiele lepiej.

R: W pierwszej części usłyszeliśmy również „Hypocritical Kiss” oraz  „Cannon”, „Apple Bloosom”, „We’re Going to Be Friends „ z repertuaru WS, a także genialny cover Hanka Williamsa „You Know That I know” poprzedzony nieśmiałą próbą nawiązania kontaktu z publicznością. Pomimo wieloletniego doświadczenia w występach na scenie nadal można zauważyć pewną nieśmiałość z jaką wypowiada wszelakie anegdotki skierowane do tłumu. Dopiero gdy chwyta gitarę w ręce zmienia się nie do poznania, w istnego demona muzyki.  Pozwolę sobie stwierdzić iż jest człowiekiem będącym na  najprawdziwszym „muzycznym haju” niemal nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników.

N: Roks była smutna, że mnie koncert nie porwał w takim stopniu jaką ją. Ja na to szczęśliwa, że „You Know That I Know” mi się podobało, więc nie jest tak źle. A ona, że to nie jest utwór Jack’a… A byłam taka dumna :(

R: Jestem również zachwycona sposobem  w jaki patrzy w tłum. Nie-  inaczej, on nie patrzy „w tłum” tylko na ludzi. Wiele osób po koncercie miało podobne wrażenie do mojego – że w pewnym momencie Jack nawiązywał z nimi kontakt wzrokowy i jakiś ułamek piosenki, kilka sekund – śpiewał konkretnie dla tej jednej osoby. Niesamowite uczucie, które jedynie jeszcze powiększyło mój zachwyt nad jego występem.

N: Wiele osób? To ja Ci ciągle gadałam, że z 3 razy patrzył prosto na mnie! :D I jak gdzieś przy trzeciej piosence trochę przysypiałam na barierce (przepraszam wielkich fanów…) i nawiązał ze mną kontakt to od razu wyprost, uśmiech i „Jack, nie martw się! Jest pięknie!”. A jak na sam koniec spojrzał i się uśmiechną! Fan, nie fan, ale na duszy się miło zrobiło ;)

R: Ostatnim utworem zagranym przed bisem było „Top Yourself” z repertuaru The Racounters. Nie ukrywam swojej słabości do tego zespołu jak i do tej konkretnej piosenki – lecz jakim wielkim zaskoczeniem dla mnie było gdy Jack zamiast chwycić w ręce swoja starą, wytartą, akustyczna gitarę pozostał przy niebieskim elektryku! Mój mózg dosłownie eksplodował w tym momencie i już miałam się oburzyć gdy znajome dźwięki w nieco innej niż zwykle aranżacji ukoiły moje nerwy. Głos Jacka pozostał ten sam, a wersja zaprezentowana na koncercie zachwyciła mnie niemal tak samo jak ta grana w oryginale.

R: Na bis w swoim wykonaniu Jack kazał nam chwilę czekać. Zachwycony tłum nucił riff „Seven Nation Army” i wykrzykiwał imię Jacka. Ja oczywiście razem z innymi. Gdy wkroczył na scenę ponownie – ludzie przeskoczyli kolejną skalę szaleństwa z radości. „I’m Slowly Turning Into You” oraz „Lazaretto” wybrzmiałe na żywo zamieniły tłum w krwawą miazgę, a dorzucone na dokładkę „Icky Thump” oraz tak sporadycznie grane „That Black Bat Licorice” sprawiło, ze już nie było czego zbierać z obecnych w Zajezdni ludzi. Szaleństwo, szaleństwo i jeszcze raz szaleństwo doprawiane obłędnymi solówkami Jacka oraz Katharsis jakiego doznali fani po rozbrzmieniu ostatnich nut końcowego „Seven Nation Army”-  to właśnie czekało ludzi, którzy kupili bilety na koncert Jack’a White’a w Krakowskiej Zajezdni.

N: Nie… I tu jest mój największy ból. Mówiąc delikatnie jestem umiarkowaną fanką Jack’a White’a i jego twórczości. Znam trochę utworów, ale bez szału. Nasz koncert miał być specjalny. I na pewno taki był… Ale dla oddanych fanów. Zagrał utwory, które nieczęsto gra na żywo, więc ja, biedny człek, który poszedł tam przekonać się do twórczości po wiecznym wynoszeniu jej pod niebiosy od takiej jednej (zgadnijcie kogo), nie zostałam porwana. Podobała mi się oprawa, ale na razie nie zapowiada się, żebym została fanką Jack’a White’a i muszę to przyznać szczerze i otwarcie. Najbardziej podobało mi się „Hotel Yorba” i oczywiście „Seven Nation Army”, ale pomiędzy wyczekiwałam na to kopnięcie, to coś co ZAWSZE porywa mnie na koncertach… Niestety nadszedł czas „Seven Nation Army”, a ja dalej nic :(

N: Na dodatek zakochałam się w jednym kawałku z ostatniej płyty. Jack gra go wszędzie, ale to wszędzie! Ale na specjalnym koncercie w Polsce zabrakło mojego „Alone In My Home”. Stąd jak Roks zaczęła mnie ciągnąć za ramię, że bierze gitarę do ostatniego utworu, zebrały mi się łzy w oczach. Bo gdzie moja piosenka? :(

R: Przez kilka sekund po koncercie myślałam, że zemdleję. Niesamowite doświadczenie, którego doznałam sprawiło, że miałam ochotę położyć się i umrzeć zadeptana przez tłum. Szaleństwo? – Sądzę, że to zbyt delikatne słowo by określić mój pokoncertowy stan.

R: I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kryzys, który dopadł mnie po raz kolejny w tym roku (za pierwszym razem to również była wina Jacka oczywiście!). Strasznie żałuje, ze nie miałam pieniędzy na oba Krakowskie koncerty, których setlista praktycznie się nie powielała. Bardzo zazdroszczę osobom, które miały okazję usłyszeć Jacka na żywo zarówno o 18 jak i 22:30. Koncert o godzinie 22:30 był na swój sposób idealnym dopełnieniem lipcowego Opener’a, na którym rozbrzmiewały największe hity White’a od „Sixteen Saltines” po „Steady As She Goes”. Była to wykwintna uczta dla ucha dla osób zakochanych w wokalu Jack’a i pewna krzywda dla tych, którzy gubią się w jego wcześniejszej twórczości – taką osobą jest właśnie Nessa.  Jestem zła na Alterart i na Jacka też odrobinę za to, że zgodził się zagrać dwa krótsze koncerty zamiast jednego dłuższego w nieco większej lokalizacji tak jak dzień wcześniej w Wiedniu. Gdy wracając autobusem do domu przeczytałam, że Jack na pierwszym koncercie zagrał moją ulubioną punkową piosenkę Talking Heads „Psycho Killer” oraz tak obłędnie rzadko grane „The Rose With the Broken Neck”  łzy same naciekły mi do oczu. No niestety – gdy  idzie się na koncert ulubionego artysty, niezależnie od tego ile kawałków zagra i jak długo będzie grać – zawsze po koncercie pozostanie niesamowity niedosyt i pokoncertowa depresja, z którą właśnie się zmagam.

N: Mają farta, że nie zagrali „Alone In My Home”, bo ja bym się tam popłakała :( Tyle ode mnie w temacie pierwszego koncertu.

R: Dlaczego to już koniec!?

R: Co do organizacji – basy na suporcie rozwalały bębenki w uszach i bałam się, że gdy Daru zacznie grać „The Hardest Button to Button” to wyjdę z koncertu jako głuchoniema. Na szczęście na koncercie Jacka basy udało się uspokoić i z naszego miejsca pod barierkami wszyto idealnie widziałyśmy i słyszałyśmy. Niestety… z rozmowy z osobami, które podczas koncertu stały w dalszej części sali wynikało, że nagłośnienie mocno szwankowało i momentami ledwo dawało się słyszeć głos White’a.

N: Ja tam nie zauważyłam dużej różnocy w basach na supporcie o koncercie właściwym- bębenki pękały, a „waty pokoncertowej” w uszach nie mogłam się pozbyć przez dłuższy czas po zejściu artystów ze sceny.

R: Pomimo tego, że ochroniarze nie należeli do tych „miłych do rany przyłóż” zaimponowali mi stanowczością z jaką pogonili osoby wciskające się do początku kolejki, nie krzyczeli również na ludzi, którzy pozawieszali na barierkach swoje kurtki i torebki. Pomimo oczywistej wady jaką była wielkość lokalu, zachwycił mnie jej klimatyczny wygląd, który idealnie pasował do kameralnego koncertu bluesowo- rockowego artysty.

R: Zachwyt. Słowo, które idealnie opisuje moje pierwsze wrażenie po koncercie.

R: Nie jestem oczywiście osobą bezkrytyczną – mam świadomość tego, że mogło być idealniej, że mógł zaśpiewać jeszcze jedną lub dwie piosenki…

N: I tu się właśnie nasze zdanie różni. Roks jest wielką fanką Jack’a od lat, ja znałam parę utworów, ale nasłuchałam się ton historii o nim. Moich wrażeń po tym koncercie nie mogę określić zachwytem. Totalną porażką też nie. Byłam bardzo zawiedziona zaraz po „Seven Nation Army”, że zabrakło mi tego czegoś, co by mnie poniosło. Może Jack White jest po prostu kategorią muzyczną, która do mnie nie przemawia w taki sposób jak pozostałe?

R: Jack obiecał, że na pewno wróci do Polski. Trzymam go za słowo!

N: Niech przyjeżdża. Skoro twierdzisz, że gdyby zagrał bardziej znane utwory na festiwalu to nawet mnie by porwał… Wezmę to na klatę!

R: Jak trzeba będzie to na kolejny koncert zaciągnę Cię siłą, w końcu się do niego przekonasz :D

Te wszystkie piękne zdjęcia i wiele więcej są do obejrzenia na http://jackwhiteiii.com/live-photos/