Relacja: OneRepublic i KONGOS w warszawskim Torwarze

 

OneRepublic. Zespół, który znam co najmniej od czasów gimnazjalnych. Zespół, który zawsze ceniłam za wykorzystywanie instrumentów klasycznych (takich jak wiolonczela czy altówka) w swoich utworach. I właśnie z tego powodu nie mogłam się powstrzymać jak usłyszałam, że zagrają w Warszawie.

Pod Torwarem pojawiliśmy się już o 17, aby ustawić się we wciąż rosnącej kolejce. Co mnie bardzo zdziwiło, ochrona zaczęła nas wpuszczać pół godziny przed czasem. Przeważnie niestety jest odwrotnie i trzeba odczekać swoje z nadmiarem zanim otworzą bramki. Drugim moim zaskoczeniem była bardzo szybko i płynnie poruszająca się kolejka. Natomiast trzecim, że pozwalali wnosić małe butelki wody. Szok! Z taką sytuacją jeszcze się nie spotkałam i niestety nie byłam na nią przygotowana, co potem spowodowało umieranie z pragnienia…

Zanim weszliśmy na płytę miejsca przy barierkach zostały już pozajmowane. Ja, jako najstarsza stażem koncertowym, natychmiast zaczęłam wyszukiwać nam najlepszego miejsca pod względem widoku na scenę, na ekrany (plus dla organizacji za ustawienie ich wysoko, dzięki czemu były łatwo widoczne dla każdego) oraz miejsca do skakania. Dla osób, które rzadziej bywają na koncertach, którzy mają problem z widocznością lub/i chcą uniknąć pogo: Jeśli najlepsze miejsca (czyt. przy barierkach) zostały już zajęte, warto ustawiać się przy barierkach ustawionych na środku płyty wokół dźwiękowców i kamerzystów. I druga wskazówka- usiądźcie. Jeśli zapobiegliwie przyszliście dużo wcześniej przed koncertem, żeby zając dobre miejsca, usiądźcie sobie na ziemi, przy barierkach, gdziekolwiek. Naprawdę, warto zbierać siły na koncert;)


Kolejna niespodzianka! Support pojawił się na scenie o czasie. KONGOS to afrykański zespół składający się z czterech braci, których nazwisko brzmi jak nazwa zespołu. Bardzo rzadko zdarza się, żeby wokalistą zespołu był perkusista, więc wielkie było moje zdziwienie, kiedy zorientowałam się, kto śpiewa pierwszą piosenkę. Jednak już przy drugiej, stery przejął brat grający na gitarze. Obaj jak najbardziej spisali się na medal. Wiedząc, że supportować będzie Kongos, przygotowałam się tylko z jednej piosenki, którą znałam ostatniego czasu z radia. Jak się okazało, to nie była jedyna piosenka tego wieczoru zaśpiewana przez braci, którą kojarzyłam. Oprócz wyczekanego i wyskakanego przez nas „Come With Me Now”, nie mam pojęcia jak i kiedy, ale musiałam zapoznać się już kiedyś z ich „I’m Only Joking”. W pewnym momencie za scenę zaprosili znajomego, który pomógł im zaprezentować nie najgorszy cover w wersji rapowanej „Come Together” The Beatles. W oczy przy tym utworze najbardziej rzucała się różnica wzrostu między braćmi a nową postacią na scenie. Do teraz jestem ciekawa czy to Kongos są tacy wysocy, czy ich znajomy niski. Z piosenek, które słyszałam pierwszy raz mogę polecić wszystkie, ponieważ stwierdzam oficjalnie, że to był najlepszy support przedkoncertowy na jakim w życiu byłam. (Co można było zaobserwować też po dźwiękowcu, który tak się wczuwał w muzykę, że cała konsola trzęsła się wraz z nim;)) Dlatego obiecałam sobie, że zaprzyjaźnię się bliżej z ich płytą, więc bez dzielenia na utwory lepsze i gorsze, zapraszam do towarzyszenia mi w tej przygodzie;) Na końcu artyści postanowili sobie z nami zrobić grupowe zdjęciem które chwilę potem pojawiło się na twitterze z wyrazami zachwytu nad naszą publicznością.

DSC_0243
Po niedługim oczekiwaniu, nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Przed sceną wywieszono wielką białą płachtę, która w momencie pojawienia się zespołu na scenie została podświetlona, dzięki czemu pierwsza piosenka przypominała fenomenalny teatrzyk cieni. Już w tym momencie, publika została porwana. Ryan i chłopcy dawali z siebie wszystko, co było do odczucia z każdą nutą „Light It Up”, „Secrets”, „All The Right Moves”, „Stop and Stare”. Ja z moimi towarzyszami broni najbardziej nie mogliśmy się doczekać „Something I Need”, od którego uzależniłam się parę dni wcześniej. Przed tą piosenką została wystosowana prośba do wszystkich, aby pomogli wyśpiewać refreny, ale tak szczerze mówiąc to nie wiem jak reszta, ale mnie prosić o takie rzeczy nie trzeba. Prędzej w drugą stronę, żebym się w końcu zamknęła;) Już po chwili szaleństwa na płycie i na scenie, Ryan porwał kamerę i zaczął nią filmować skaczący i śpiewający tłum oraz samego siebie. Fenomenalnie to wyglądało. Dlatego uważam, że ta piosenka trwała stanowczo za krótko i ja żądam więcej…

DSC_0304
Po tej piosence zespół przeniósł się do przodu na część akustyczną rozpoczynając słynnym „Apologize”, które w połowie przeszło na cover „Stay With Me” Sama Smitha. Zaraz po niej pojawił się kolejny cover, tym razem „Budapest” Georga Ezry. Pragnę tu wyrazić mój smutek z faktu, że większość ludzi nie znało tego utworu i mimo usilnych starań muzyków, nie wczuli się w jej refren, a wręcz byli zagubieni, kiedy mieli pomagać w jego wyśpiewaniu. George to moje prywatne, wielkie odkrycie tego roku i już uważam go za fenomen. Liczę na to, że z czasem więcej Polaków zapozna się z jego twórczością, bo naprawdę warto. Nawet drużyna OneRepublic tak twierdzi, skoro śpiewa tą piosenkę na każdym koncercie.

DSC_0248
Po chwili z głośników rozbrzmiało spokojne „Come Home”. I jakoś w tych okolicach zostałam całkowicie zauroczona wokalem Ryana. Po prostu wow. Wiedziałam, że umie śpiewać, ale nie spodziewałam się, że aż tak dobrze. W piosence „Good Life” na ekranach za artystami pojawiły się miejsca z różnych krajów, w tym nasz Stadion Narodowy, co wywołało euforie w tłumie.

DSC_0278

Wokalista zmienił również dla nas tekst w odpowiednich miejscach, co oczywiście wywołało kolejną falę radości w hali. Po fantastycznej gitarowej wstawce, którą moja koleżanka porównała z twórczością Santany, nadszedł czas na „Counting Stars”. Co mi towarzyszyło w tej piosence oprócz braku oddechu? Wszystko, co dobre;) Następnie mogliśmy się jeszcze cieszyć „Can’t Stop”, „Au Revoir”, „Feel Again” i „I Lived”, przed którym zostaliśmy poinformowani, że to ostatni utwór wieczoru. Jednak nie z nami takie numery. Zapobiegliwe osoby przed koncertami sprawdzają setlisty z poprzednich koncertów (oczywiście należę do tej grupy), więc od razu wiedziałam, że czekają nas jeszcze trzy utwory . Po paru minutach klaskania, krzyczenia i tupania, zespół wrócił do nas w rytmach „Love Runs Out” w czasie, którego Ryan dosłownie latał po scenie, a my w duchu wraz z nim. Chwilę później zostaliśmy uraczeni pięknym coverem Louisa Armstronga „What a Wonderful World”, gdzie można było złapać trochę oddechu przed finałowym „If I Lose Myself”. W czasie tej piosnki było największe poruszenie, o czym świadczy fakt, że pod koniec znalazłam się w innym miejscu niż na jej początku ;) Wisienką na torcie było obsypanie nas konfetti, co dla niektórych może być niepotrzebną atrakcją, a mnie wcale nie przeszkadza. Szczególnie kiedy tworzy piękny widok i swoiste pożegnanie z artystą. Wrażanie zaraz po? Ja chcę jeszcze raz!
(nawet muzycy KONGOS zachwycali się polskim koncertem obserwując go z tłumu o czym świadczy tweet „@OneRepublic having a killer set tonight! Poland FTW!”. Podzielam zdanie;))

DSC_0254
Mam wielką nadzieję, że do następnej wizyty OneRepublic w Polsce nie będziemy musieli czekać kolejnych 4 lat. Z drugiej strony rozumiem, że członkowie jako osoby wielozadaniowe mają mniej czasu na trasy koncertowe niż artyści skupieni tylko na swoim zespole.
Ze swojej strony polecam z zapoznaniem się bliżej z Ryanem Tedderem. Jest on nie tylko fenomenalnym wokalistą, który mnie wczoraj powalił, ale również producentem i autorem wielu znanych i nagradzanych hitów. Współpracował m.in. z Adele (za do dostał Grammy), U2, Maroon 5 czy muzyczną nowością Ellą Henderson. Facet po prostu nie wie kiedy powiedzieć stop. I niech tego trzyma!

DSC_0282
Jeśli chodzi o organizacje to wszystko przebiegało bardzo sprawnie i jak już na początku relacji wspomniałam, o czasie, co nie zdarza się często na takich imprezach. Zero problemu z dźwiękiem, co stanowi jeden z ważniejszych czynników dobrego koncertu. Oprócz tego: fenomenalna gra świateł, iluminacje i wspaniale udekorowana scena. Chociaż to już raczej zasługa osób tworzących trasę Native zespołu, to jednak muszę wyrazić swój podziw. Jedyny minus, który rzucał się w oczy to mała wielkość hali. Z drugiej strony podobno można było jeszcze kupić ostatnie bilety w kasie przed koncertem, więc lepiej, żeby hala była mała i zapełniona niż wielka i do połowy pusta. Ach, no i na przyszłość organizatorzy powinni brać pod uwagę duże kolejki do szatni o tej porze roku i zatrudnić tam więcej osób…

Podsumowując.
Siniaków brak. Gardło wprawione, więc nawet chrypki nie ma (teraz potrzebuję dwóch dni koncertów, żeby mi wysiadło. Taka duma! ^^).
Nogi bolą, czyli dobra zabawa była (odwodnienie też o tym świadczy).
Co zauważyłam? Muzyku, naucz się paru polskich słów, a kupisz publiczność. (Nie, żebym miała coś przeciwko, bo mnie też to kupuje ;))
A o sobie? Po koncercie jestem strasznie wrażliwa muzycznie. Zanuć koło mnie jakąkolwiek piosenkę, a przepadłam i następne 2 godziny spędzę na jej śpiewaniu.

Rzeczy do zrobienia: przesłuchać płytę KONGOS i zachwycać się warunkami wokalnymi Ryana Teddera.