DSC_0117

Relacja: Konfrontacje Rockowe wROCK 2014

Słonecznej i mroźnej niedzieli dnia 26, miesiąca październik odbyła się we Wrocławiu pewna impreza pod nazwą Konfrontacje Rockowe wROCK.
Świetna nazwa i równie udana lista artystów, przyciągnęła fanów muzyki nie tylko z Dolnego Śląska lecz również dalszych zakątków naszego kraju. Co prawda impreza była dwudniowa, ale ja, jak to ja, zainteresowana byłam tylko jednym dniem z Happysad w roli głównej. A że drugą rolę główną grały Strachy na Lachy to nie będę się przecież burzyła z tego powodu…

IMG_20141026_135727
Happysad sobie wymarzyłam już od niemal 3 lat, kiedy to miałam okazję usłyszeć ich na moim pierwszym w życiu Woodstocku (i niestety jak na razie jedynym). Występem tego zespołu byłam zachwycona, pomimo tego, że większą część koncertu prześpiewałam dopiero na niego idąc… (podziękowania dla mojego brata) Wielki niedosyt sprawił, że gdy tylko dowiedziałam się o ich udziale w Rockowych Konfrontacjach – nie mogłam sobie odpuścić. Zespół ten nie należy do grupy muzyków, którzy w czasie koncertu gadają z fanami, nie szukają z nimi jakiegoś specjalnego kontaktu. Jednak niesamowicie porywają! Bardzo ciekawe zjawisko, które mnie zauroczyło. 
Miejsce koncertu znajdowało się rzut beretem od mojego miejsca zamieszkania, więc z koleżanką, którą mi towarzyszyła, pojawiłyśmy się na miejscu odpowiednio wcześnie, żeby zająć wygodne miejsca przy barierkach. Jak się w tym momencie dowiedziałam czekały nas nie dwa koncerty, ale cztery. Tak to już bywa z moim ogarnięciem, ale nigdy z powodu nadmiaru koncertowego szczęścia nie będę narzekać.
Pierwsi byli zwycięzcy XIV Promo Festivalu, zespół Dylematy. Miałam duży problem, żeby zapamiętać ich nazwę, bo wypowiadana była bardzo niewyraźnie (w pewnym momencie usłyszałam nawet „Kill’Em All”, ale to przecież nie Metallica). Całkiem dobrze chłopcy grali (uwagę zwróciły dwie sprzeczności: starszy gitarzysta, rodem z ACDC i młody gitarzysta, na oko 17- letni, który wyglądał jakby właśnie wyszedł z lekcji matematyki. Wniosek? Muzyka łączy, nie dzieli.).
Publiki jednak nie porwali.
Drudzy w kolejce byli Romantycy Lekkich Obyczajów. Jak sama nazwa mówi, lekki zespół. Do tej pory nie miałam możliwości bliżej przyjrzeć się ich twórczości, bo to dość nowy zespół na polskiej scenie muzycznej. Najbardziej zaintrygowała mnie piosenka o lodziarce. Jak posłuchacie, to zrozumienie o co mi chodzi;) Bardzo miło było usłyszeć zasłyszane już w radiu „Poznajmy Się”, na którym miałam okazje się trochę rozruszać. Natomiast piosenka „Gwiazdy Spadają” ma strasznie ambitny tekst. Większość piosenki brzmiało „Gwiazdy spadają, zostawcie mnie”. Ok, jak sobie życzycie, zostawiamy;)

DSC_0099
Mnie w czasie tego zespołu było bardzo miło, innym, jak słyszałam za plecami, nieco mniej . Tak więc szaleństwo zaczęło się dopiero z pojawieniem na scenie Strachów. Dosłownie szaleństwo. „Awangarda, jazz i podziemia” rozpoczęła falę pływających po tłumie ludzi. W tym miejscu pragnę wyrazić swój podziw do ochroniarzy, którzy dzielnie łapali rozbawiony tłum pomagając im zejść na ziemię- dosłownie i w przenośni (niestety nie wszyscy uniknęli „glana na twarzy”, stąd w tym miejscu pozdrowienia dla mojej koleżanki Samanty!). Do teraz jak przypomnę sobię tę piosenkę to same mi się nogi ruszają, więc rozumiem cały ten haj, ale mówiąc oględnie obrona mojej części barierki była cieżkim przeżyciem. Z drugiej strony w końcu na tym polega koncertowanie!

Następny poryw był na „I can’t get no gratisfaction” oraz „Żyję w kraju”. Ta druga szczególnie zapadła mi w pamięć, bo to piękne doznanie, gdy zespół daje wyśpiewać refren tłumowi. Szczególnie kiedy brzmi on „Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobi w chuja”, a sytuacja w naszym kraju… hmmm.. jest adekwatna do tekstu.. Taki prosty, a taki piękny tekst.

Zawsze na koncertach zakochuje się w piosence, której wcześniej nie słyszałam lub jakoś nie wpadła mi w ucho. Często są to starsze hity, które mnie niestety ominęły. Tutaj właśnie tą piosenką zostało „Czarny chleb i czarna kawa”. Polecam! (Jak właśnie zostałam poinformowana był to hit podstawówkowych wycieczek. Czyli tylko ja jej nie znałam? Smutno)

No i oczywiście była „Raissa”, której za cholerę nie znałam, ale ludzie darli się „raissa, raissa” czy coś w tym stylu to ja, jak ta owca za tłumem, też się drę z nadzieją, że dobrze trafiłam z tekstem i nie robię z siebie idiotki, kiedy Grabaż patrzy na mnie wszechwiedzącym wzrokiem mówiącym „i tak wiem, że tego nie znasz”. Teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nadrobiłam te braki;)
Cały koncert zakończył się wyczekanym „Piła tango” i znowu ochroniarze mieli ręce pełne roboty, a wszyscy inni zdarte gardła i bolące nogi.

1171681_DSC_0101

Ostatni, ale nie zapomnieni (mam wręcz wrażenie, że najbardziej wyczekani), czyli Happysad wywołali szalone piski radości (dosłownie piski. Nie wiedziałam, że można aż tak wysoko. Sama jestem dziewczyną, ale ała…).

Happysad, ach, mój kochany Happysad.
Nie znam każdej ich piosenki na pamięć, ale nie był to mój pierwszy koncert, na którym byłam jedną z tych „zagubionych wśród setlisty”. Ale nie o to chodzi w koncertowaniu by znać każdy tekst na pamięć, a dobrze bawić się można nawet na koncercie, na którym zna się zaledwie 2-3 kawałki, o czym miałam okazję przekonać się na własnej skórze.
Wracając do tematu, Happysad uraczyło nas swoimi hitami „Made in China”, „Niezapowiedziana”, „Wpuść mnie”, „Mów mi dobrze”, „Bez znieczulenia”, „W Piwnicy u dziadka” (które już jest na mojej facebookowej tablicy;)), przeuroczym „Taką wodą być” oraz uwielbianym przeze mnie i wyśpiewanym słowo w słowo (jak nie ja normalnie!) „Zanim pójdę”.
Jak wspomniałam powyżej zawsze przywożę jakąś piosenkę, w której zakochałam się dopiero w czasie koncertu, a tu z czystym sercem mogę polecić „Tańczmy” z nowej płyty, która moim zdaniem odbiega trochę od dotychczasowego repertuaru, ale jak sama nazwa mówi tańczmy! Łuuu!

DSC_0117
Jak potem udało mi się zasłyszeć w autobusie, podobno Happysad miało wyjść jeszcze na drugi bis, ale niestety… Nie wszyscy o tym wiedzieli i w sumie rozumiem, że ludzie po bisie zaczęli się już zbierać do wyjścia. Na moim przykładzie- jak stanęłam przy barierkach o 15, tak do 22.20 zero wody, zero toalety.

O dziwo tym razem nie mogę powiedzieć złego słowa o organizacji czy nagłośnieniu. Wpuszczeni byliśmy wręcz przed czasem, a wymiana zespołów na scenie przechodziła bardzo płynnie. Natomiast o dobre nagłośnieniu chwalili ze sceny artyści, więc co ja tu mogę;) Oby więcej koncertów w Orbicie!

Podsumowując wczorajszy koncert(y).
Mam parę piosenek więcej do kochania.
I parę siniaków więcej do leczenia.
Wypadałoby się zacząć uczyć tekstów piosenek… eee… nieeee. Taki mój urok i lecimy na żywioł.
Czy dalej kocham koncerty? Taaaak. Za każdym razem coraz bardziej.

A że to był dopiero początek koncertowego miesiąca to za tydzień kolejny ;)